...
 
 
 
 
 
Polska potrzebuje świadectwa wiary
O wywyższeniu Polski, czasie Miłosierdzia, nawróceniu i misji narodów rozmawiamy z prezesem Stowarzyszenia i Instytutu Ks. Piotra Skargi, Sławomirem Olejniczakiem. Panie Prezesie, jak należy rozumieć słowa Pana Jezusa, które usłyszała św. Siostra austyna: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości”? – Zbawiciel postawił warunek: Jeżeli będzie posłuszna woli Mojej! Jest to dla nas zarówno zachęta, jak i obietnica, że otrzymamy przyszłą nagrodę, jeśli pozostaniemy Mu wierni.   W jaki sposób ta nasza wierność ma się objawiać? – Poprzez wierność nauczaniu Kościoła katolickiego w kwestiach wiary i moralności. Szczególne znaczenie ma sprawa moralności w życiu publicznym. Wchodzimy tu bowiem w sferę nie tylko cnót i grzechów osobistych, ale także cnót bądź grzechów o charakterze społecznym. Niestety, dziś liberalne elity, mass media i tzw. środowiska kultury promują i utrwalają te drugie. Odbywa się to m.in. przez psucie obyczajów, czyli niepisanych norm zachowań mających niejednokrotnie swoje źródło w chrześcijaństwie.   I tak tworzone są struktury zła, o których wspominał św. Jan Paweł II? – Te struktury zła chronią prawnie zepsute obyczaje. I jeśli dochodzi do jakiegokolwiek sprzeciwu względem tego „prawa”, to stosowane są sankcje karne wobec osób, które to „prawo” łamią. Tak to działa choćby w przypadku legalizacji związków homoseksualnych na Zachodzie. Gdy ktoś tylko krytykuje te przeciwne naturze związki, od razu jest oskarżany o tzw. mowę nienawiści i podlega karze. Podobnie jest w przypadku zabójstw dzieci nienarodzonych, bo zbrodnia aborcji – która w ciągu ostatniego półwiecza pochłonęła na świecie od 1,5 mld do 2 mld nienarodzonych dzieci! – jest uznawana za jedno z podstawowych „praw kobiet”. No a teraz dochodzi jeszcze szczególna troska liberalnych elit o promowanie tzw. teorii gender, która neguje fakt, że Bóg stworzył nas mężczyzną i kobietą…   To nie jedyne zagrożenia dla kondycji duchowej Polaków… – Oczywiście. Jest też wiele zagrożeń dla wiary. Niestety, poziom wiedzy religijnej wielu naszych rodaków stoi na bardzo niskim poziomie. Większość grzechów jest popełnianych z powodu niewiedzy, a ta wynika z lenistwa duchowego. Weźmy np. grzech przeciw pierwszemu przykazaniu Bożemu. Polacy, także ci, którzy nazywają siebie katolikami, masowo oddają się – bez żadnej refleksji – magii, okultyzmowi czy wróżbiarstwu. A przecież trzeba mieć świadomość, że tego typu praktyki są swego rodzaju oddawaniem czci siłom ciemności, co niekiedy może zakończyć się nawet opętaniem. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że coraz liczniejsi egzorcyści mają w naszym kraju mnóstwo pracy.   Dziś wiele mówi się o miłosierdziu Bożym, które często jest rozumiane jako pobłażliwość, a kwestie Bożej sprawiedliwości czy kary zepchnięto na margines. Czy kara może być jednym z przejawów Bożego Miłosierdzia? – Pan Bóg jest cierpliwym, miłosiernym, kochającym Ojcem, ale musimy pamiętać, że jest też sprawiedliwy i mądry. Więc, prowadząc człowieka ku Niebu, stosuje z jednej strony zachęty, a z drugiej – kary czy napomnienia, żeby ten człowiek ostatecznie osiągnął zbawienie duszy. Cóż by to był za ojciec, gdyby pobłażał grzechom swojego dziecka i ostatecznie skazał je na zatracenie wieczne… Proszę zwrócić uwagę na to, iż często jest tak, że dopiero w momencie jakiegoś wstrząsu niektórzy ludzie dochodzą do opamiętania. Nikomu rzecz jasna nie życzymy życiowych tragedii, ale taki wstrząs jest często początkiem prawdziwego nawrócenia, bo człowiek zaczyna szukać głębszego fundamentu, niż tylko życie doczesne. W ogóle musimy pamiętać, że życie ziemskie jest czasem miłosierdzia, który został nam dany po to, żebyśmy mogli przygotować się do wieczności. Bóg chce, żebyśmy przebywali z Nim w Niebie, dlatego Miłosierdzie Boże pozwala nam podnieść się po każdym upadku. Ale są pewne warunki. Przede wszystkim musimy żałować za nasze grzechy i postanowić poprawę. Wtedy możemy owocnie skorzystać z sakramentu spowiedzi. Jeśli jednak ktoś będzie grzeszył zuchwale – kradł, oszukiwał, cudzołożył – licząc na ­Miłosierdzie Boże, to takie zachowanie jest grzechem przeciwko Duchowi Świętemu. Ze względu na zatwardziałość serca takiego nieszczęśnika, ten straszny grzech jest nieodpuszczalny.   Wróćmy do tematyki polskiej. Czy nasz kraj ma jakąś misję do spełnienia? – Każdy kraj i naród ma jakąś misję do spełnienia. My mamy zadanie krzewienia wiary katolickiej, ze szczególnym uwzględnieniem Wschodu. Pełniliśmy tę misję przez 400 lat: począwszy od małżeństwa św. Jadwigi Królowej z Władysławem Jagiełłą, na skutek czego doszło do nawrócenia Litwy; poprzez Unię Brzeską, aż do czasów rozbiorów, które były efektem także zaniedbań i grzechów naszych przodków. Z chwilą upadku Rzeczypospolitej ta misja nie tylko została przerwana, ale wręcz zniweczona. Musimy, jako naród, starać się to naprawić.   Niektórzy katolicy odrzucają ideę roli narodu w dziele zbawienia… – Mają rację, ale tylko w tym sensie, że naród jako taki w całości rzeczywiście nie zostanie zbawiony. Zbawienie duszy dotyczy wyłącznie konkretnych osób. Jesteśmy jednak istotami społecznymi i dlatego nasze osobiste zbawienie nigdy nie dokonuje się w zupełnym oderwaniu od bliźnich. Pan Bóg dał nam dar płodności, abyśmy się rozmnażali i tworzyli społeczność ludzką. I ta społeczność ma sprzyjać naszemu zbawieniu. W tym sensie możemy mówić o roli narodu w dziele zbawienia. Jako wspólnota osób mamy pewne reguły rządzące tą wspólnotą – obyczaje bądź prawa. Jeśli te obyczaje i prawa są zgodne z Przykazaniami Bożymi, z nauczaniem Kościoła, to sprzyjają uświęceniu dusz. Pisał o tym św. Augustyn w Państwie Bożym. Państwo wzorcowe to takie, które jest ukształtowane zgodnie z nauczaniem Kościoła. Wtedy możemy mówić o cywilizacji chrześcijańskiej. I to wszystko, co ta cywilizacja tworzy – relacje międzyludzkie oparte na obyczajach i prawach, sztuka, architektura, instytucje, świątynie, zamki etc. – odzwierciedla pewną kulturę, mentalność oraz stan ducha, które mogą umacniać i wspierać działania w kierunku zbawienia ludzi. Gdy ulice naszych miast noszą imiona świętych, a nie np. komunistycznych zbrodniarzy, gdy na budynkach publicznych widnieją symbole wiary – krzyże czy figury świętych, to to wszystko ukierunkowuje nas ku Panu Bogu. Dlatego naszym zadaniem jest taka działalność publiczna, która doprowadzi do tego, by całe nasze otoczenie sprzyjało zbawieniu dusz.   A do czego jeszcze zobowiązuje nas 1050. rocznica Chrztu Polski, którą w tym roku obchodzimy? – Przede wszystkim do tego, żebyśmy pozostali wierni tradycji chrześcijańskiej Polski, a w tym czasie zamętu i nasilenia się grzechów publicznych na skalę dotąd niespotykaną, żebyśmy odważnie bronili Praw Bożych w życiu publicznym. W tym jubileuszowym roku mamy szansę doprowadzenia do całkowitego zakazu aborcji w Polsce. Jakież łaski mogą zostać zesłane na Polskę, jeśli to zrobimy. Ponadto możemy przez to dać światu świadectwo wiary w wymiarze publicznym. To będzie jednocześnie zachęta do przebudzenia. Nasza postawa może być dla chrześcijan w innych krajach umocnieniem w wierze. Mamy szansę sprostać temu zadaniu, wszak naszą potężną pomocą jest Maryja… – Pan Jezus dał nam Swoją Matkę, jako przewodniczkę pewną do Nieba. Tutaj zachęcam wszystkich do lektury Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do NMP, autorstwa św. Ludwika Marii Grignion de Montfort, który ukazuje nam, w jaki sposób Maryja prowadzi nas do Swego Syna. Ona wyjednuje nam łaski, jest naszą opiekunką i przewodniczką, a z drugiej strony – jest skuteczną obroną przeciw zakusom diabelskim. Dlatego zawsze powinniśmy się zwracać do tej najlepszej Matki. Najlepiej słowami modlitwy różańcowej!   Dziękuję za rozmowę. Rozmawiał: Bogusław Bajor Ten tekst pochodzi z najnowszego numeru "Przymierza z Maryją". Jeżeli chcesz otrzymywać pismo drogą pocztową przejdz na tę stronę.
 >
Witaj Krzyżu jedyna nadziejo!
To co odróżniało pierwszych chrześcijan od pogan to sposób życia, który możemy streścić w trzech cechach: stosunek do bliźniego – „miłuj bliźniego swego jak siebie samego”, specyficzna moralność – „bądźcie naśladowcami moimi” oraz stosunek do cierpienia – „weź krzyż swój i chodź za mną”. To wszystko budziło u pogan zdumienie, a zarazem przyciągało. W tym miejscu rozważmy jednak trzecią cechę, najtrudniejszą do zrozumienia tak w rozpustnym cesarstwie rzymskim, jak i w hedonistycznym XXI wieku. Mam wciąż żywo przed oczami zdarzenie z dzieciństwa, kiedy razem z braćmi ofiarowaliśmy naszej babci pięknie wykonany krzyż z wizerunkiem Pana Jezusa. Ku naszemu zdziwieniu babcia rozpłakała się i miała do nas ogromną pretensję, bo według niej krzyż to zwiastun nieszczęścia, więc życzyliśmy jej bólu i cierpienia, a przecież powinniśmy życzyć jej zdrowia, bo rzekomo to „zdrowie jest najważniejsze”. Pomijając zabobonne podejście, trudno wyobrazić sobie coś bardziej odległego od myślenia chrześcijańskiego. Czy tego chcemy, czy nie, w nasze życie wpisane jest cierpienie i wyrzeczenie, które może przybrać formy bardzo różne: od bólu fizycznego po ból duszy. Dla nas chrześcijan to nic dziwnego, że tego doświadczamy, bo nasz Pan Jezus Chrystus cierpiał dając nam najdoskonalszy przykład męstwa. Syn Boga wzywa nawet do tego wprost: Jeśli kto chce iść za mną niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Łk 9, 23). Wniosek, który nasuwa się z tych słów, jest jasny: nie można być chrześcijaninem, jeśli się nie bierze swego krzyża na ramiona. To jest prawda chrześcijańska, przeciwko której dzisiejszy świat szczególnie występuje. Świat, a z nim „jego pożądliwość” jest ukierunkowany na to, aby oddalać nas od teologii krzyża, od cierpienia i wszelkiego wyrzeczenia, a czyni to poprzez maksymalne skupianie naszej uwagi na przyjemnościach i „używaniu życia”. „Światowcy” zagrzewają do trwania w swym pozbawionym skrupułów złu, codziennie wołając: – Życie, życie! Pokój, pokój! Radość, radość! Jedzmy, pijmy, śpiewajmy, tańczmy, bawmy się! Bóg jest dobry, Bóg nie stworzył nas po to, żeby nas potępić! Nie miejmy żadnych skrupułów! Problem jednak jest w tym, że kiedy cierpienie przychodzi, a przyjść musi, bo jest wpisane w ludzką egzystencję, to „świat” rozkłada ręce i mówi: „radź sobie sam”, nie dając odpowiedzi na pytanie o sens krzyża, bo to nie jest logika tego świata. Nie każde cierpienie ma wartość - Jak wielu na skutek pychy i niepanowania nad wyobraźnią wstępuje na kalwarie, które nie są Chrystusowe! Krzyż, który masz dźwigać, to Krzyż Boży. Odrzucaj zdecydowanie każdy krzyż tylko ludzki – powiedział św. Josemaria Escriva. Cierpienie, które jest wywołane sprzeciwem wobec Boga, pójściem za fałszywymi ideami i duchem tego świata jest owocem grzechu. Takie cierpienie nie ma żadnej wartości w oczach Bożych. Wyobraźmy sobie człowieka, którego powaliła ciężka choroba i umiera w męczarniach. Jeśli nie mogąc pogodzić się ze swoim stanem (zawinionym lub nie) buntuje się przeciw Bogu, to jego cierpienie nie przynosi żadnej zasługi i cierpi na marne. Samo cierpienie nie wystarczy nam do zbawienia. Potępieńcy w piekle też cierpią, a przecież nigdy z niego nie wyjdą. Jakże smutny jest stan tych, którzy cierpiąc nie znają Jezusowej logiki krzyża. Poza nim samym nie znajdą oni nigdzie pocieszenia. Od cierpienia i bólu nie uciekniemy po tej stronie świata, ale prawdziwy chrześcijanin odpowie jego przyjęciem i będzie ono w nim owocować, stając się źródłem wielu łask i paradoksalnie znajdzie on pocieszenie, bo sam Jezus nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga. Jak bowiem obfitują w nas cierpienia Chrystusa, tak też wielkiej doznajemy przez Chrystusa pociechy (2Kor 1,4n). Człowiek tego świata odpowie buntem i w konsekwencji tylko pomnoży swoje udręki, chyba że z pomocą łaski Bożej będą one dla niego „przebudzeniem”. Skoro cierpienie ma tak wielką wartość, to czy należy pragnąć cierpienia? Nie brakuje świętych, którzy wzywają do ochoczego podejmowania cierpień, ale zwykle nasza ludzka natura buntuje się przeciw temu i reaguje strachem, nawet sam Jezus lękał się i prosił Ojca, aby „oddalił od niego ten kielich”. Jednak Syn Boży okazał posłuszeństwo woli Ojca i tak samo powinno być z nami. Nie trzeba pragnąć cierpienia, ale gdy ono przyjdzie, trzeba umieć okazać męstwo i powiedzieć: Cierpiałeś Ty, będę cierpiał i ja, jeśli taka jest Twoja wola. Ekspiacyjne działanie cierpienia Stosunkowo łatwo jest przyjąć prawdę o zadość czyniącym działaniu cierpienia, czyli takim, które jest rozumiane jako pokuta. Pokuta za własne grzechy jako ponoszenie konsekwencji swoich błędów. Św. Piotr mówi: Co bowiem za chwała, jeżeli przetrzymacie chłostę jako grzesznicy? – Ale to się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia (1P 2,20). Najtrudniej jest ofiarować własne cierpienia, zwłaszcza niezawinione, za grzechy innych ludzi. Wtedy bowiem bierzemy dopiero cząstkę męki Chrystusa na siebie i ją „dopełniamy”, jak mówi św. Paweł: Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1,24). Takie cierpienie ma rzeczywistą i zbawienną wartość. Uszlachetnia naszą duszę i zdobywa łaski w niebie. Tylko takie cierpienie, złączone z Męką Jezusa Chrystusa, można ofiarować w dowolnej intencji, a w połączeniu z naszą modlitwą nabiera ono zbawiennej skuteczności. Najdoskonalsza zaś ofiara to taka, która jest ofiarowana za Kościół. Dlatego życie choćby chwalebne i szlachetne, ale wolne od cierpienia, ma jednak brak, bo jest niedoskonałym naśladowaniem Chrystusa. Kiedy cierpienie nie nadchodzi Nie należy zapominać o tych słowach Boga: Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę (Ap 3,19). Może jednak być tak, że cierpienie rozumiane w tym najogólniejszym i potocznym sensie jednak nas nie dotyka. Mamy uporządkowane życie, rodzinę, pracę – wszystko po myśli Bożej. Cieszymy się zdrowiem i przychylnością Bożego oblicza. Czy mamy więc zapomnieć o cierpieniu do czasu aż ono przyjdzie? Nic bardziej błędnego! Aby nie zapomnieć o tym, za jaką cenę zostaliśmy odkupieni, winniśmy stosować różne praktyki ascetyczne w postaci umartwienia ciała. Mogą one być bardzo różne, wywodzące się przede wszystkim z trzech podstawowych: modlitwy, postu i jałmużny. Ich zadaniem jest branie w karby naszej grzesznej natury i zmuszenie jej do posłuszeństwa, bo ma ona skłonność do ulegania pożądliwości. Każde zmierzenie się z cierpieniem jest szczególnym rodzajem walki, która rozgrywa się najpierw na płaszczyźnie ducha. Do walki duchowej, jak do każdej wojny trzeba być odpowiednio wyćwiczonym. Nasze przygotowanie powinno polegać na uprawianiu ascezy. Samo słowo „asceza” jest pochodzenia greckiego i znaczy tyle co „ćwiczenie”. Musimy więc ćwiczyć! Święty Paweł porównuje życie człowieka do zawodów sportowych. Zawodnicy aby wygrać odmawiają sobie wielu rzeczy i ćwiczą – podejmują wielki wysiłek treningów, aby gdy przyjdzie czas biegu, stoczyć walkę i wygrać. Ci, którzy zwyciężą, otrzymają „niewiędnący wieniec chwały”. Pan Jezus przez całe życie uprawiał ascezę. Swoją działalność rozpoczął od czterdziestodniowego postu, także potem wiele nocy spędzał na modlitwach. Wszystkie te ćwiczenia pomagały Mu w znoszeniu trudów głoszenia Dobrej Nowiny, ale przede wszystkim przygotowywały do podjęcia ostatniej walki – agonii na krzyżu. Słowo „agonia” po grecku oznacza „walkę”. Kościół Święty naucza, że każdy chrześcijanin wzorem naszego Pana winien praktykować ascezę, czyli brać na siebie pewne wyrzeczenia i umartwienia, aby ćwiczyć duszę i ciało. Ćwiczenie to ma za zadanie wyrobić w nas potrzebne cnoty do tego, aby móc dźwigać swój krzyż, gdy przyjdzie czas, aby go wziąć. Asceza w Wielkim Poście Uprawiać ascezę powinniśmy zawsze. Paradoksalnie, im wygodniejsze jest nasze życie i wyższy status materialny, tym bardziej powinniśmy o niej pamiętać. Jednak w Wielkim Poście asceza przyjmuje szczególnie pokutny wymiar. Ten okres ma za zadanie przygotować naszą duszę do przeżycia Triduum Paschalnego. Dlatego w tym czasie bierzemy na siebie więcej różnych dodatkowych umartwień, aby choć trochę „odczuć” to ogromne cierpienie, które wziął na siebie Chrystus. Ponieważ człowiek jest istotą cielesno-duchową, dlatego podejmowana pokuta powinna być zewnętrzna i umartwiać nasze ciało i zmysły, aby tym lepiej przysposobić naszą duszę do otwarcia się na misterium męki Chrystusa. Nie ma umartwienia wewnętrznego tam, gdzie nie stosuje się umartwień zewnętrznych głosi klasyczna zasada ascetyki chrześcijańskiej, o której często się zapomina, zwłaszcza kiedy dzisiejsza kościelna dyscyplina pokutna w Wielkim Poście już praktycznie niczego nie nakazuje, a jedynie zachęca. Dusza ma otwierać się na tajemnicę płynącą z odkupienia na krzyżu, a ciało ma choć w drobnym stopniu odczuć ciężar tej agonii. Tylko wtedy, gdy przychodzi święty czas Wielkiego Tygodnia i bierzemy udział w liturgicznych obrzędach, odnosimy prawdziwe duchowe dobro i mamy pełniejszy udział w radości Zmartwychwstania. Skandal Krzyża Jest jeszcze jeden aspekt „logiki krzyża”, a mianowicie kontekst społeczny. Dzięki łasce Bożej i ogromnemu poświęceniu naszych przodków był czas, kiedy filozofia Ewangelii sterowała państwami, kiedy Boża moc chrześcijańskiej mądrości przenikała ustrój, prawa, instytucje, obyczaje ludów, wszystkie warstwy i sprawy państwa; kiedy religia przez Chrystusa ustanowiona, należne sobie zajmując stanowisko, cieszyła się wszędzie przychylnością panujących i władz opieką, kiedy między kapłańską a świecką zwierzchnością kwitła zgoda i przyjazna usług wymiana – pisał Leon XIII w encyklice Immortale Dei. Był to czas kiedy krzyżowi oddawano należną publiczną cześć, ale dziś jest inaczej. Pyszni grzesznicy nie chcą zgiąć hardych karków przed znakiem Odkupienia i jakby tego było mało, domagają się usunięcia go z miejsc publicznych, jakby wołając: Nie chcemy, aby panował nad nami! Od dawna nikt tak mocno nie występował przeciwko symbolom chrześcijańskim, jak to ma miejsce obecnie. Słowa św. Pawła okazują się znowu szczególnie aktualne: Głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan (1Kor 1,23). Wyrok trybunału w Strasburgu nakazujący zdjąć krzyże w szkołach, coraz większa propaganda liberalnych mediów zmierzająca do usuwania krzyży z miejsc publicznych to tylko zapowiedź tego, co powoli zaczyna ogarniać postchrześcijańską Europę. Antychrześcijańskie nastroje będą stawać się coraz silniejsze pośród współczesnych pogan. Czy to jest zapowiedź kolejnych prześladowań? Znak Jezusa Chrystusa, podstawowy symbol chrześcijaństwa jest usuwany z miejsc publicznych – nie chcemy go tu! Ten okrzyk może przekształcić się jutro w: nie chcemy was tu! Jak mamy zareagować? Czy mamy czekać i nie reagować? Chrześcijańska postawa to nie tylko afirmacja i dźwiganie swego krzyża, ale także jego obrona. To odwaga przeciwstawienia się próbie usunięcia go z miejsca pracy czy nauki – bierność byłaby zdradą Ukrzyżowanego. Gdy w Brazylii przeprowadzano rozdział Kościoła od państwa, zewnętrzne oznaki religii musiały zniknąć między innymi z gmachów użyteczności publicznej. Katolicy protestowali i żądali przede wszystkim przywrócenia krucyfiksów do sal sądowych. W narodzie powstało ogromne poruszenie i rząd się ugiął! Nadszedł dzień przywrócenia krucyfiksów. Tego dnia napłynęło do Sao Paulo 20 tysięcy ludzi. Burmistrz ujął krzyż w dłonie, podawał do ucałowania wielu zacnym damom i panom i niósł go przez ulice miasta. Wszyscy gdy tylko ujrzeli krzyż, zdejmowali czapki z głów, a z tysięcy gardeł rozległ się okrzyk: Niech żyje Chrystus Ukrzyżowany! Rozpoczęła się procesja – tryumfalny pochód. Poruszeni ludzie klęczeli na ulicy, szlochając. Żołnierze salutowali z czcią. Dwanaście orkiestr przygrywało. Z okien popłynął na wizerunek Ukrzyżowanego istny deszcz kwiatów. Bezpośrednio za krzyżem podążała flaga narodowa. Entuzjazm sięgnął zenitu, gdy pochód doszedł pod gmach sądu, gdzie na balkonie oczekiwali duchowni i świeccy dygnitarze. Krucyfiks uroczyście wniesiono do wnętrza budynku. Towarzyszył temu ogromny aplauz tłumu. Na koniec lud wszedł na salę i uczcił wizerunek Zbawcy. Czy Stara Europa, będzie jeszcze choćby raz świadkiem takiej wzniosłej manifestacji? Czy znajdzie się młodzież, która przywróci tryumfalnie krzyże w parlamentach, szkołach, sądach i miejscach publicznych? A gdy nadejdzie dzień nowego Podwyższenia Krzyża św., to czy będziecie przy tym? O to toczy się walka. Im szerzej rozlewa się zaraza grzechu, tym wyraźniej widać, że polityczno-społeczno-religijna wojna staje się walką o triumf diabła, Bogu mówiąc precz! Nie można siedzieć cicho i odrzucać wszelką myśl o możliwym cierpieniu związanym z obroną publicznych praw Boga. Jezus umarł na krzyżu, bo nie słuchał Apostołów, którzy strofowali Go, by nie szedł do Jerozolimy i nie drażnił uczonych w Piśmie. Publicznie wyraził sprzeciw wobec profanowania świątyni i wyrzucił kupców i bankierów i w ogóle – można by rzec – „nie skorzystał z okazji, aby siedzieć cicho”, przez co „ranił uczucia” faryzeuszy. A potem Apostołowie poszli ze znakiem krzyża i bardzo nim „drażnili” ówczesnych władców, za co ponieśli męczeńską śmierć. Oni nie nieśli Ewangelii i Krzyża w ustronne miejsca, gdzie nikomu miał nie przeszkadzać, ale przeciwnie, nieśli go właśnie tam, gdzie rozpalał ogień, tak pożądany przez Jezusa: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął (Łk 12,49). U jednych ogień ten rozpalił nienawiść, u drugich miłość. Nie stawia się światła krzyża pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Jednym na zgubę, drugim na chwałę... Ks. Grzegorz Śniadoch
 >
O czym rozmawiali Wół i Osioł?
Jakieś dwa tysiące lat temu, w starej stajni mieszkali pospołu Wół i Osioł. I jak to bywa między dobrymi przyjaciółmi, rozmawiali zwykle o tym, co dobrego, a co złego wydarzyło się na świecie. Najczęściej mówili o pogodzie, która tej zimy była wyjątkowo chłodna i śnieżna – rzecz w okolicach Jerozolimy rzadko spotykana. Ostatnio też często dziwili się tłumom, które ciągnęły do niewielkiego Betlejem. Nigdy wcześniej nie widzieli tak wielkiego zgromadzenia… Trudno się dziwić – od kiedy wydane w Rzymie rozporządzenie Cezara Augusta nakazywało przystępować do spisu ludności w miejscu swego urodzenia, wielu Żydów przybywało do tego zapomnianego miasteczka, by dać się „spisać”. Jedni docierali tu pieszo, inni konno i na wielbłądach, była to ogromna rzesza ludzi. Mieszkańcy Betlejem, jak to mieli w zwyczaju, z wielkim zainteresowaniem śledzili tę ludzką krzątaninę. Tak to już bywa w małym, spokojnym miasteczku, w którym nigdy nic się nie dzieje. Poza tym, wśród przybyłych wielu było krewnych i znajomych mieszkających w Jerozolimie albo w innych, ciekawszych niż niewielkie Betlejem miejscach. Dzieciaki młodsze i starsze wypytywały przybyłych o to i owo, a potem biegły do stajni, by podziwiać konie, byki, wielbłądy i inne wspaniałe zwierzęta, nieczęsto widywane w okolicy. Lecz te dziecięce odwiedziny miały miejsce w sąsiednich stajniach, nie w tej, którą zajmowali Wół i Osioł. Ich nie odwiedzał nikt, chyba tylko po to, by nałożyć paszy do żłobu albo wyprowadzić do pracy. Lecz nie skarżyli się na swój los. Wiedzieli, że tak to już jest na tym świecie. – Cóż się dziwić? Co może interesować dzieci? Lubią siłę, którą tak cenią sobie dorośli. Siła idzie w parze z brutalnością, dlatego wolą oglądać byki, które swą gwałtownością przyciągają uwagę i wydają się dowodzić, że światem rządzi ślepa siła. Taka jak moja, monotonna, systematyczna praca, oranie twardej ziemi, nikogo nie pociąga. Poza tym, tuczy się nas na ofiarę. Kto lubi słuchać o ofiarach? Kogo może ciekawić życie wypełnione mozolną pracą? Co innego byk, pełen gwałtownego wigoru, zawsze gotowy, by zadać cios, niezdolny do pokornego życia, on zdaje się ideałem – mówił Wół. Wtórował mu Osioł. – Nieokiełznane konie, którym w prędkim biegu i urodzie nikt nie dorówna, zawsze będą w centrum zainteresowania. Świat je podziwia. Czy ktoś jednak docenia mój trud, noszenie ciężarów, ­wyciąganie wody ze studni? Kiedy ktoś mnie chwali, to dlatego, że znajduje we mnie końskie przymioty: siłę, werwę, dzielność. A ja przecież umiem kroczyć pewnie, bywam wstrzemięźliwy, cierpliwy i wytrzymały. Lecz wszyscy wiedzą, że życie osła jest ciężkie, ciche i oddane innym. A o tym ludzie nie chcą nawet słyszeć. Zdało się obu, że na tym świecie liczy się tylko uroda, brutalna siła, gwałtowność i to, by unikać ciężkiej pracy. Świat pogrążył się już dobrze w nocnych ciemnościach i wół z osłem układali się właśnie do snu, kiedy do stajni wślizgnęło się dwoje ludzi. Mężczyzna prowadził ze sobą młodą, brzemienną kobietę. Niewiasta pokornie usiadła w kącie stajni, a mężczyzna zaczął mościć jej wygodne posłanie. Osłowi i Wołu przykro się zrobiło na myśl, że będą nocować w ich biednej stajni, lecz przybyli nie skarżyli się na brak wygód. Pewnie prosili o nocleg u któregoś z krewnych w miasteczku, lecz ci, widząc, że nie mają grosza przy duszy, choćby i mieli gdzie ich ulokować, nie dali biedakom schronienia. To prawda, że wszystkie betlejemskie domy pękały w szwach, lecz gdyby mogli sypnąć groszem, kwatera pewnie by się znalazła. Co to za człowiek, co krewnego zostawia na ulicy! Rozumie się, że zaszli do naszej stajni, rzadko kto tu zagląda, więc znajdą chwilę wytchnienia. Dlatego zwierzęta, przed zaśnięciem, ułożyły się w jednej części stajni, drugą zostawiając dla gości. Cóż więcej mogły uczynić? O północy obudził ich dziwny dźwięk. Był to płacz niemowlęcia. Młoda kobieta urodziła syna, a ten popłakiwał, drżąc z zimna. – Biedaczek – użalali się nad dzieckiem Wół i Osioł. – Nam, koniec końców, podarował Bóg grubą skórę i szczecinę, by chroniły nas przed zimnem. Dostajemy paszę do woli, lecz to biedne maleństwo narodziło się w miejscu całkiem nieodpowiednim dla tak kruchego stworzenia. Trzeba mu pomóc, a jest na to tylko jeden sposób – postanowiły zwierzęta.I Wół z Osłem przysunęli się do nowo narodzonego i ogrzewali go ciepłem bijącym od ich ciał i mocnych oddechów. Po dłuższej chwili Dzieciątko przestało płakać, a czując ciepło, odważnie wyciągnęło rączki i pogładziło, w podzięce za tyle dobrej woli, wielkie łby Osła i Wołu. Zwierzęta odsunęły się, by pozwolić dzieciątku spokojnie zasnąć. Mężczyzna, który opiekował się matką i niemowlęciem, podał zwierzętom trochę słomy, aby mogły się pożywić, i nieco wody, by mogły ugasić pragnienie. Osioł i Wół mieli nadzieję na odrobinę snu, lecz wkrótce do stajni zaczęli przybywać najrozmaitsi ludzie. Najpierw zjawili się pasterze, szli z daleka z pieśnią na ustach. Otoczyli Dzieciątko i wpatrywali się weń pełni uwielbienia. Potem przyszli inni, i jeszcze następni, i tak w nieskończoność. Zdawało się, że wszyscy pasterze z całego Izraela, cały prosty, wierny lud umówił się w betlejemskiej stajni, by przywitać to Dziecko. Jakiś czas potem nadciągnęła królewska karawana. Przywiozła Dzieciątku bogate dary – złoto, kadzidło i mirrę. Kiedy trzej królowie składali uroczyście swoje dary, Wół z Osłem nie mogli wyjść z podziwu. Słuchali w uniesieniu muzyki, która rozbrzmiewała w stajni na cześć nowo narodzonego. Z sąsiednich stajni jednak dobiegały ich uszu narzekania koni i byków. Te piękne zwierzęta przyzwyczajone do tego, że stale obdarzano je specjalnymi względami, bardzo źle odbierały swoje obecne położenie. Narzekały, że Wół i Osioł znaleźli się w tej szczególnej stajni przez czysty przypadek, że to zwykłe lizusy i że gdyby mieli w głowie choć trochę rozumu, powinni opuścić stajnię i zostawić miejsce dla nich, bo przecież wszyscy wiedzą, że nikt nie zasługuje na to, by asystować Dzieciątku bardziej niż konie i byki. No cóż, czysta zazdrość. Ale Wół i Osioł nie zwracali uwagi na te utyskiwania i nie ruszali się z miejsca, dyskretnie czuwając, by Dzieciątku ani przez chwilę nie zabrakło ciepła. W końcu, pewnego pięknego dnia, mężczyzna, kobieta i dziecko zaczęli przygotowywać się do drogi. Przygotowania te były jednak trochę pośpieszne. Do uszu Osła i Wołu docierały wieści, że żołnierzom króla Heroda nie bardzo podoba się narodzone w ich stajni Dzieciątko. Rodzina przygotowywała się więc do potajemnej nocnej ucieczki. Ale zanim opuścili stajnię, piękna kobieta zwróciła się do Osła i Wołu w te słowa: – Tacy byliście dobrzy i hojni dla mojego Syna, dlatego obiecuję wam uroczyście, że ilekroć przedstawiać będą ludzie Jego narodziny, wy zawsze będziecie obok niego. Nie będzie w stajence ani koni, ani byków. Albowiem On nie przyszedł na ten świat, by wspierać możnych i bogatych, lecz po to, by dać świadectwo dobru i wytrwałej, mozolnej pracy. Narodził się, by pomagać ludziom dobrej woli, tym, którymi świat pogardza, bo umieją żyć wartościami potrzebnymi każdego dnia. A ponieważ wy właśnie żyjecie cnotami, które On przyszedł głosić na tym świecie, dlatego zrządzeniem swej Opatrzności sprawił, że byliście świadkami Jego narodzin. I obietnica ta spełnia się do dziś, z roku na rok, i spełniać się będzie zawsze. W bożonarodzeniowych stajenkach, które stawiamy pod choinką, często mieszkają owieczki i pasterze, czasem także wielbłądy i trzej królowie. Ale nawet w najskromniejszej bożonarodzeniowej stajence towarzyszą małemu Jezusowi wół i osioł. To one pierwsze ujrzały nowo narodzonego Zbawiciela. Valdis Grinsteins
 >
 >
 >
numer 87 marzec/kwiecień
Polskę wywyższę w potędze i świętości
Przymierze z Maryja okladka numeru Doniosłość prawdy o szczególnej relacji Polski z Panem Bogiem została poparta przez przesłanie z Nieba. Jak wiemy, Pan Jezus objawiając się wielkiej mistyczce i naszej rodaczce św. Siostrze Faustynie Kowalskiej powiedział: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje. (Dz. 1732)

 >
 
Maryja listy od przyjaciol Szanowna Redakcjo, w 82. numerze „Przymierza z Maryją” moją szczególną uwagę przykuł artykuł pt. „Różaniec – symbol mojego nawrócenia” – świadectwo 59-letniego Tomasza Piekałkiewicza z Warszawy. To osobiste wyznanie tak mnie poruszyło, że poczułem po jego przeczytaniu, jak spłynęła na mnie w dziwny sposób łaska Ducha Świętego. Postanowiłem zmienić swoje życie, nawracając się ze złej drogi, którą szedłem przez 28 lat, służąc szatanowi. Dziękuję za wszystko. Andrzej z Kielc
 >
Autorem tego pięknego obrazu pt. Modlitwa wieczorna jest austriacki malarz Peter Fendi. To powstałe w roku 1839 dzieło przedstawia Arcyksiężną Zofię wraz z dziećmi podczas wieczornej modlitwy. Nawet nie wiedząc, że na tym obrazie widzimy matkę cesarza Franciszka Józefa, z samego wystroju pokoju możemy wywnioskować, że mieszkają w nim przedstawiciele wyższych sfer społecznych. Mówią nam o tym tak piękne przedmioty, jak krucyfiks, obrazy, meble, dywan, zastawa porcelanowa, parawan po prawej stronie w stylu orientalnym. Z kolei zasłona po lewej stronie prawdopodobnie oddziela salon od sypialni dzieci. Uwiecznione na obrazie potomstwo jest nienagannie ubrane i widać, że odbiera bardzo dobre wychowanie. Duża zasługa w tym matki, która uczy je, jaką należy przyjąć postawę podczas modlitwy. Każe im złożyć ręce, tak jak ona to uczyniła, ponieważ nadszedł moment podziękowania Bogu za otrzymane w ciągu dnia łaski oraz skierowanie próśb do Matki Bożej, Świętych i Aniołów Stróżów o spokojną noc i opiekę podczas snu. Jak piękny przykład daje swoim dzieciom ta dobra matka! Stara się im wpajać miłość, ale również bojaźń Bożą. Z pewnością ma ona świadomość, że człowiek jest w swej istocie bytem religijnym – takim go bowiem stworzył Bóg. Arcyksiężna Zofia wie, iż wychowanie dziecka z pominięciem Boga jest głęboko sprzeczne z naturą człowieka i wcześniej czy później pozostawi w jego duszy wielką pustkę, którą to dziecko koniecznie będzie próbowało wypełnić jakimiś fałszywymi ideami i zasadami czy złudnymi doktrynami nieprzynoszącymi żadnych duchowych korzyści. Ta dobra matka świadoma jest, że w obliczu Boga wszyscy jesteśmy równi – bogaci i biedni, wykształceni czy analfabeci. Ale ona również zdaje sobie sprawę z faktu, że ci, którzy mają uprzywilejowaną pozycję w społeczeństwie, są również zobowiązani do dawania dobrego przykładu tym, którzy należą do warstw niższych. I wie, że jej dzieci muszą się przygotować do tej roli w społeczeństwie. Taka świadomość była powszechna jeszcze w XIX wieku. A dziś? Niestety, w naszym dekadenckim społeczeństwie stopniowo zanika przekonanie o ważnej roli religijnego wychowania. Na skutek tego w niektórych środowiskach mówi się, że nie trzeba chrzcić dzieci, zanim nie osiągną one pełnej świadomości. I też – z tego samego powodu – nie trzeba ich uczyć modlitwy, bo – rzekomo – łamie to ich prawo do „wolności sumienia”. Ci sami „doradcy” twierdzą, że nie można narzucać dzieciom tego, czego one nie rozumieją… Takiej postawie mówimy zdecydowane: „NIE!”, ponieważ ten absurdalny argument nie bierze m.in. pod uwagę tego, że każdy człowiek rodzi się obarczony grzechem pierworodnym, czyli głębokimi tendencjami ku złu. I że konieczne jest stawienie temu oporu już od kołyski, co jest możliwe właśnie przez Chrzest, modlitwę, dobre rady i – jeśli jest taka konieczność – także kary. W przeciwnym razie ryzykujemy utworzenie społeczeństwa ludzi sfrustrowanych, niezdolnych do zrozumienia m.in. roli bólu w ich życiu, niezdolnych do uwierzenia w życie wieczne po śmierci, czego przecież nikt nie uniknie. Chyba każdy z Was, Drodzy Czytelnicy, zna ofiary takiego bezbożnego wychowania… Leonard Przybysz  
 

PISMO POŚWIĘCONE FATIMSKIEJ PANI

Przymierze z Maryja - pismo poświęcone Fatimskiej PaniZ każdym kolejnym numerem "Przymierza z Maryją" bogatsi jesteśmy w doświadczenia i wiemy, że nasze pismo służy pomocą tysiącom rodzin, dla których Maryja jest przewodniczką i opiekunką. Trud włożony w tworzenie dwumiesięcznika daje efekty w postaci poszerzenia świadomości moralnej i religijnej naszego narodu.


Najważniejsze tematy, które poruszamy na łamach "Przymierza z Maryją" to:

- kwestia godnego przyjmowania Komunii Świętej
- śmierć, czyściec i modlitwa za dusze w czyśćcu cierpiące, wieczne zbawienie i wieczne potępienie
- objawienia w Fatimie i w Lourdes, nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa
- objawienia Jezusa Miłosiernego i kult Bożego Miłosierdzia
- szkaplerz święty i związane z nim nabożeństwo
- żywoty i historie świętych
... i wiele innych, wśród których nie brakuje kwestii dotykających kryzysu naszej cywilizacji, takich jak kondycja współczesnych rodzin, czy też walka o życie nienarodzonych

MARYJA I "PRZYMIERZE"

Maryja i Przymierze, czyli od niewielkiego biuletynu do kolorowego, popularnego dwumiesięcznikaCZYLI OD NIEWIELKIEGO BIULETYNU DO KOLOROWE-
GO, POPULARNEGO DWU-
MIESIĘCZNIKA...


Kiedy w październiku 2001 roku wydrukowaliśmy pierwszy numer „Przymierza z Maryją”, niewiele osób dawało nam szanse na „sukces”. Sceptyków lub pesymistów co do naszej misji było więcej niż optymistów. Dziś jednak chyba nie ma wątpliwości – 280 000 rodzin, które otrzymują pismo, to najlepszy dowód na to jak ważny i potrzebny jest nasz dwumiesięcznik.

Nasze pismo przeszło długą drogę – od czarno-białego biuletynu do kolorowego pisma, z którego opinią liczą się katolicy – duchowni i świeccy. Wiele się zmieniło, z wyjątkiem jednego – od początku stronę tytułową „Przymierza z Maryją” zdobi wizerunek Matki Bożej Fatimskiej. Maryja daje nam pomoc, którą czujemy na każdym kroku. I Jej też zawierzamy nasze pismo, z wiarą oczekując triumfu Jej Niepokalanego Serca!

prezent
 
Copyright © by STOWARZYSZENIE KULTURY CHRZEŚCIJAŃSKIEJ IM. KS. PIOTRA SKARGI
 
...