Pieniądze szczęścia nie dają. Nie dają go także uroda i sława – tak wydaje się przemawiać do nas Maria Magdalena XX wieku, słynna aktorka francuska o niezwykłej urodzie – Ewa Lavalliere.
Miała wszystko, o co zabiega współczesny człowiek: niezwykłą urodę, talent, sławę i potężny majątek. Żyła jak we śnie, hołubiona przez rzesze wielbicieli. A jednak to nie było to, o czym marzyła. Czego jej brakowało?
Ewa Lavalliere, używająca pseudonimu estradowego Eugenie Fenoglio, urodziła się w Tulonie, we Francji w 1866 r. Dzieciństwa nie miała szczęśliwego. Ojciec alkoholik często miewał napady złości i zazdrości o żonę. W końcu, na oczach córki zastrzelił matkę, a później popełnił samobójstwo. Ewa zaznała biedy i osamotnienia…
Jednak niezwykła uroda, piękny głos i dystyngowane ruchy sprawiły, że trafiła do najlepszych teatrów w Paryżu. Szybko też zyskała uznanie publiczności i stała się bożyszczem tłumów. Cały świat ją podziwiał. Niemal wszyscy interesowali się tym, co robiła, jak się czesała, jakich używała perfum. Niemal wszystkie kobiety ją naśladowały. Kupowały kosmetyki, perfumy i ubrania á la Lavalliere.
Król Karol z Portugalii, król Leopold II z Belgii, król Edward VII z Wielkiej Brytanii, dyplomaci, magnaci, księżniczki i książęta przychodzili na spektakle, w których grała. Szczerze ją podziwiali. Nie dziwi więc fakt, że ta oszałamiająca kariera zawróciła Ewie w głowie. Ale Ewa nie zaznała szczęścia.
Miałam wszystko…
Wspominała w swoim pamiętniku: Miałam wszystko, co tylko może zaoferować świat. Wszystko, czego mogłam zapragnąć. A mimo to, czułam się najnieszczęśliwszą z dusz.
Pomimo życia w paryskim pałacyku pełnym przepychu, czuła wyrzuty sumienia. Przynajmniej kilka razy usiłowała popełnić samobójstwo. Raz nawet, tuż po wspaniałym występie w Londynie.
Nie potrafiła dać szczęścia kochającemu mężowi i córce. Z biegiem lat stawała się coraz bardziej kapryśna, zmienna i nieczuła. W jej życiu zaczęli pojawiać się kolejni mężczyźni, zawsze z zasobnymi portfelami.
Nigdzie nie jest mi dobrze…
Ani w jej najbliższym otoczeniu, ani wśród oklaskującej ją publiczności nikt nie domyślał się, jak bardzo cierpiała. Promienna i uśmiechnięta w blaskach scenicznych świateł, nosiła w sercu wciąż wzbierającą gorycz.
– Nigdy i nigdzie nie jest mi dobrze – powiedziała kiedyś. – Gdziekolwiek się znajdę, zawsze zamykam się w sobie, chyba że jestem na scenie. Jej dorastająca córka Jeanne coraz wyraźniej schodziła na złą drogę. Mężczyźni, którzy ją otaczali, w końcu zawsze rozczarowywali i zadawali ból.
Szatan naprawdę istnieje!
W czerwcu 1917 r. Ewa chciała odpocząć z dala od świata, przygotowując się do występu w Nowym Jorku. W tym celu wynajęła pałac Porcherie w Chanceux, blisko Tours. Przebywała tam ze swoją powiernicą Leonią, młodą Belgijką, która opuściła kraj podczas I wojny światowej.
Zarządcą pałacyku był proboszcz, o. Chasteigner, bardzo surowy, ale świątobliwy człowiek, gorliwie zabiegający o dusze dla Pana Boga.
Kapłan zauważył, że nowa mieszkanka pałacu, która przybyła w niedzielę, wcale nie pojawiła się na Mszy św. Poprosił ją więc do siebie, aby wyrazić zatroskanie. Ewa obiecała mu, że w następną niedzielę na pewno będzie na Mszy. Zrobiła tak, jak obiecała, tylko, że jej zachowanie było skandalicznie lekceważące.
Nie uszło to uwagi proboszcza:
– Szkoda, że nie ma pani wiary – powiedział.
– Wiara, wiara! Jaki sens ma wiara? – spytała pogardliwie.
Później opowiedziała mu o swoich doświadczeniach spirytystycznych. Przyznała się, że skorzystała z okazji, by poprosić szatana o przywrócenie jej młodości i o uzdrowienie z dolegliwości jelitowych. Szatan naturalnie obiecał jej, że to zrobi pod warunkiem, że mu się odda. Ewa zgodziła się, mówiąc, że w zamian za te „dary” przyprowadzi mu nowych adeptów.
Kilka dni później znowu była na seansie spirytystycznym. Zbeształa szatana za to, że nie spełnił danej jej obietnicy. Na kolejnym spotkaniu krzyknęła, że jest „wielkim oszustem”. Uznała także, że spirytyzm jest jedną wielką farsą, a szatan wcale nie istnieje.
Wiejski proboszcz wysłuchał opowieści światowej sławy aktorki. Na koniec powiedział krótko:
– Zapewniam panią, że szatan naprawdę istnieje! – wsiadł na rower i odjechał.
Poruszona jego stanowczością, Ewa zaczęła rozmyślać: Jeśli szatan istnieje, to Bóg także musi istnieć A jeśli Bóg istnieje, to co ja robię z życiem, które od niego otrzymałam?.
Przemiana Ewy
Następnego ranka kapłan ponownie pojawił się przed pałacem. Przyniósł „Żywot Marii Magdaleny” pióra księdza Lacordaire’a.
– Madame – rzekł. – To, co mi pani powiedziała wczoraj, nie dawało mi spokoju. Muszę się przyznać, że większą część nocy spędziłem na modlitwie, prosząc Boga, aby zainspirował mnie, w jaki sposób mógłbym pani pomóc. Odprawiłem również Mszę świętą w tej intencji. Przywiozłem pani książkę o św. Marii Magdalenie, napisaną przez księdza Henryka Lacordaire’a. Proszę ją przeczytać na kolanach, a przekona się pani, co Bóg potrafi uczynić z duszą taką, jak pani.
Ewa Lavalliere tuż po obiedzie usiadła w pobliżu kuchni z otwartą książką i zaczęła głośno czytać tak, aby służba mogła ją słyszeć. Żywot św. Marii Magdaleny bardzo ją wciągnął. – Jeszcze nigdy nie czytała z takim przejęciem – opowiadała później Leonia. Wszyscy byli głęboko poruszeni. Głos Ewy łamał się. Do końca dnia obie kobiety pozostały wyciszone.
10 czerwca, podczas kolejnej Mszy św., Ewa była już zupełnie odmieniona. Leonia oznajmiła, że chciałaby móc przystąpić do Pierwszej Komunii. Miała już 23 lata i nigdy wcześniej nie przyjmowała Pana Jezusa do serca.
Ewa bardzo poruszona, zaoferowała swoją pomoc w przygotowaniach. Sama też zapragnęła po wielu latach przyjąć Komunię św.
Ksiądz ucieszony tą nowiną, obiecał przynieść Leonii katechizm. Już miał wyjść, gdy w drzwiach zatrzymała go Ewa.
– A ja, czcigodny ojcze?
– Pani?!
– Obiecałam tej młodej pannie, że jej pomogę przygotować się i że sama też przystąpię do Komunii św.
– Ale…
– Tak, doskonale wiem. Jestem grzesznicą i nie żyłam jak chrześcijanka. Mam jednak nadzieję, że nadal mam prawo powrotu do Boga?! I nie zważając na nic, zaczęła publicznie obnażać się ze wszystkich grzechów, niemal biegnąc za wiejskim proboszczem. Kapłan był bardzo zakłopotany.
– Proszę zaczekać… Przede wszystkim, proszę tak nie krzyczeć!
– Czekać? Na co mam czekać? Czy ja nie mam prawa do szczęścia, jak Leonia?
– Chodzi o to… chodzi o to, że Leonia jest dzieckiem w porównaniu z panią. Jej przypadek jest prosty. A pani jest Ewą Lavalliere… słynną aktorką. Pani życie jest publiczne. Nie mogę traktować pani w taki sam sposób, jak Leonię. Ponadto, zabawiała się pani w spirytyzm, a to jest grzech specjalny. Aby udzielić rozgrzeszenia, muszę najpierw uzyskać pozwolenie od arcybiskupa – powiedziawszy to, ksiądz wsiadł na rower i obiecał wrócić tak szybko, jak to tylko będzie możliwe.
Spełniona prośba
Ewa wspominała później, że kilkugodzinne czekanie na powrót księdza Chasteigner z miasteczka było jednym z najgorszych momentów w jej życiu. Ogarnęło ją potworne przerażenie na myśl, że Bóg odrzuci ją na zawsze. Zbawienie jej duszy wisiało na włosku. Kiedy w oddali zobaczyła zbliżającą się sylwetkę ojca Chasteigner, radośnie wymachującego swoim czarnym biretem, stało się jasne, że Bóg okazał jej miłosierdzie.
– Pokój Naszego Pana z Tobą, moja córko – powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha kapłan, zsiadając z roweru. – Arcybiskup dał mi wszystkie potrzebne pełnomocnictwa.
Spowiedź i Komunia św. były wielkim wydarzeniem w życiu obu kobiet.
Od 19 czerwca 1917 r. życie Ewy zaczęło się zmieniać. Wyrzekła się raz na zawsze teatru, pozbyła się biżuterii i wszystkiego, co przypominało jej światowe życie. Mówiła: – To dzięki diabłu przyszłam do Boga.
Wkrótce potem wyjechała z Paryża, by nie ulegać pokusom. Wyjechała na krótko na misje, ale ze względu na słabe zdrowie, wróciła do kraju. Prosiła Boga, by zesłał jej więcej cierpienia, by szybciej mogła odpokutować za swoje grzeszne życie.
Pan Bóg spełnił jej prośbę. Cierpiała w różny sposób. Najpierw nie przyjęto jej do zakonu, ze względu na grzechy, a później po czterech latach posługi jako pielęgniarka w Tunisie, schorowana musiała wrócić do Francji.
Cierpię i jestem szczęśliwa!
Największego cierpienia doświadczyła jednak pod koniec życia. W sierpniu 1928 roku 62-letnia Ewa poważnie zachorowała na zapalenie otrzewnej. Lekarz opiekujący się chorą polecił wezwać jej córkę. Wiedział, że kochała swoje dziecko tym bardziej, im bardziej stawało się ono zagubione i zdeprawowane. Jeanne rzeczywiście przyjechała, lecz nie po to, aby opiekować się umierającą matką. Ukradkiem zaczęła podawać jej kokainę, by łatwiej wyciągnąć pieniądze na spłatę ogromnych długów. Doktor Grosjean odkrył zabójczą „kurację” po ośmiu dniach i osobiście wyrzucił Jeanne z domu.
Ostatni rok Ewa Lavallière przeżyła w wielkim cierpieniu. Twarz spuchła jej nie do poznania, wypadły wszystkie zęby, trzeba było zaszyć jej powieki. Kobieta była przytomna i zdawała sobie sprawę, że bezpowrotnie utraciła urodę, której kiedyś zawdzięczała sławę i pieniądze: – Dobry Panie, grzeszyłam tymi darami. Teraz zaś dzięki Ci, że przez te cierpienia pozwalasz mi odpokutować moje grzechy – mówiła.
Tuż przed śmiercią, paryski dziennik opublikował wywiad z nią.
– Czy pani bardzo cierpi?
– Tak, strasznie.
– Czy ma pani nadzieję na uzdrowienie?
– Nie, ale jestem szczęśliwa… Nawet trudno to Panu sobie wyobrazić, jak bardzo, pomimo tego cierpienia, a nawet głównie z jego powodu… Jestem w rękach Boga… Proszę powiedzieć moim przyjaciołom z przeszłości, że spotkał pan najszczęśliwszą osobę na świecie. Całe moje życie i cała moja wola znowu zwróciły się ku ostatecznemu celowi, ku miłości, ku Bogu, który mnie bardzo kocha, pomimo całej mojej przeszłości i obecnej nędzy.
Zmarła 10 lipca 1929 w wieku 63 lat. Na jej nagrobku widnieje napis: „Wyrzekłam się wszystkiego dla Boga. On sam mi wystarcza. Boże, któryś mnie stworzył, miej litość nade mną”.
oprac. Agnieszka Stelmach
W tym numerze „Przymierza z Maryją” postanowiliśmy podjąć tematykę edukacji młodych pokoleń Polaków. Pokładamy nadzieję w chrześcijańskim, czy też ściślej – katolickim kształceniu i wychowaniu. Pamiętamy bowiem, że katolicyzm jest nie tylko doktryną, dogmatem czy też zbiorem modlitw i obrzędów, lecz nade wszystko żywą relacją z Bogiem i powinien oddziaływać na całe państwo i całe społeczeństwo.
Pomiędzy 25 a 29 maja wraz z grupą Apostołów Fatimy pielgrzymowaliśmy do miejsca, w którym 109 lat temu trojgu portugalskim pastuszkom ukazywała się Matka Boża, niosąc światu przesłanie pokuty i nadziei.
Fatima, choć jest odwiedzana przez bardzo licznych wiernych oraz turystów, zdołała jednak zachować atmosferę ciszy. Wyjąwszy największe uroczystości gromadzące wielotysięczne rzesze uczestników, można tam zarówno modlić się, jak i słuchać w skupieniu. Każdego dnia chętnie korzystaliśmy z tej możliwości tym bardziej, że nasz hotel położony był w bezpośredniej bliskości bazyliki oraz miejsca Maryjnych objawień.
Codziennie uczestniczyliśmy też w tradycyjnych nabożeństwach i procesjach na olbrzymim placu przed sanktuarium. W trakcie trzeciego wieczoru przedstawiciele naszej grupy mieli zaszczytną okazję prowadzić fragment modlitwy. W pamięci uczestników pozostanie z pewnością atmosfera towarzysząca tym różańcowym spotkaniom. Wypowiadane przez setki pielgrzymów w różnych językach wezwania Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… podkreślały zarówno jedność jak i różnorodność Kościoła. Z drugiej strony jednak – zamiast harmonii rodziły szum, utrudniając modlitewne skupienie. Może gospodarze tego cudownego miejsca zechcą kiedyś „odkryć” na nowo łacinę?
Niespokojny duch współczesności daje też w Fatimie znać o sobie w sposób widoczny gołym okiem. Niby w trosce o prostotę i skromność stara się on jak może zasłonić sanktuarium, wznosząc wokół betonowe bryły, z których niektóre nawet zostały poświęcone jako miejsca katolickiego kultu. Tylko co wspólnego z żywą, autentyczną wiarą mogą mieć płaskie, szare bunkry albo kaplice, w których Tabernakulum przypomina bardziej skrzynkę na narzędzia? Albo co powiedzieć o ustawionym tuż przy nowej bazylice wielkim krzyżu, na którym zamiast Chrystusa umieszczono dziwaczną postać jakby wyjętą ze starożytnych hieroglifów? W kulturowym kontekście naszych czasów to raczej karykatura niż godny wizerunek Zbawiciela…
Zatem nawet w bezpośrednim otoczeniu sanktuarium naocznie przekonaliśmy się, że wewnątrz Kościoła toczy się ogromna walka o kształt katolicyzmu i o serca wierzących. Do czego to zmaganie może prowadzić, widzieliśmy w urokliwym, niewielkim mieście Obidos, gdzie w miejscu dawnego kościoła działa dzisiaj… księgarnia.
Nasze pielgrzymkowe wyprawy, których celem były wspaniałe klasztory w miasteczku Alcobaça czy w Batalhi, przeniosły nas do czasów, gdy świątynie bez wątpienia wznoszono na chwałę Bożą, na przykład – w podzięce za Opatrznościową pomoc w wygranej bitwie o niepodległość kraju. Zachwyt budziła potężna, a zarazem misterna architektura tych monumentalnych dzieł, wspaniałe zdobienia, dbałość ich twórców o detale, połączenie talentów z wytrwałością i pracowitością budowniczych.
Podążyliśmy też śladami fatimskich wizjonerów – Łucji dos Santos oraz świętych Hiacynty i Franciszka Marto. Modliliśmy się przy ich grobach. Odprawiliśmy Drogę Krzyżową w ich rodzinnych stronach, odwiedziliśmy domy, w których żyli.
W miejscu objawień Matki Bożej zapaliliśmy świece przywiezione wraz z intencjami powierzonymi nam przez Darczyńców w ramach akcji „Twoje światło w Fatimie”.
Podczas tej kilkudniowej wyprawy na każdym kroku spotykaliśmy się z serdeczną otwartością Portugalczyków. Podziwialiśmy ich ludową sztukę i zwyczaje. Mimo że nasze kraje są od siebie bardzo oddalone, w żaden sposób nie czuliśmy się obco. Sprawiła to oczywiście sama Matka Boża, ale też kulturowa bliskość biorąca swój początek w naszej wspólnej wierze. Podczas wyjazdów do historycznych miejsc, które znalazły się na trasie naszej pielgrzymki, mieliśmy okazję przekonać się, że Maryja swoją opieką otacza nie tylko nasz naród, lecz wszystkie nacje, które się Jej ufnie oddają, a także każdą osobę, która zawierza Jej siebie oraz swych bliskich.
Dzieje Portugalii to również historia wierności Bogu i odstępstw, także w życiu władców. Trudne momenty w wymiarze tak osobistym, jak i zbiorowym, przypominają o konieczności ciągłego zabiegania o własną duszę i o łaskę Opatrzności. Wierność przynosi pomyślność – przynajmniej w życiu duchowym. Odstępstwo owocuje nieszczęściem i śmiercią. Te uniwersalne prawdy przychodziły na myśl, gdy słuchaliśmy opowieści przewodników o portugalskich monarchach i wodzach, zwycięskich bitwach i nieszczęśliwych losach grzesznych kochanków.
Byli tym razem pośród Apostołów Fatimy reprezentanci każdego spośród żyjących pokoleń. Najmłodszy uczestnik liczył sobie 13 lat, zaś senior, pan Zdzisław – już 94. – Całe życie marzyłem, by tu przyjechać – przyznał w rozmowie.
Nasza pielgrzymka nie byłaby tak bogata w duchową treść bez obecności duszpasterza – księdza Krzysztofa. Oprócz zapewnienia nam możliwości codziennego wysłuchania Mszy Świętej, dawał on wyrazy swej niezwykłej czci dla Matki Bożej śpiewem Godzinek i pięknych pieśni.
Każdy z nas przywiózł Matce Bożej bagaż własnych intencji, od tych najbardziej osobistych po zbiorowe – dotyczące Kościoła i Ojczyzny. Każdy też otrzymał w duchowym wymiarze to, czego najbardziej potrzebował. To doświadczenie znają wszyscy pielgrzymujący ze szczerą intencją w miejsca szczególnie wybrane przez Pana Boga i przez Maryję.
Wśród tych niezwykłych miejsc jest też Fatima, niosąca do Nieba już od ponad wieku nieprzerwany strumień ludzkiej modlitwy.
Szanowni Państwo!
Jesteście wspaniali! Wasze wydawnictwa oraz gazetki, broszury i ulotki wzmacniają naszą duchowość i informują o wielu faktach oraz miejscach objawień Maryjnych. Artykuły czytam z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę bardzo cenię informacje o Jezusie i Maryi, które w nieskończoność otwierają serca. Pamiętamy w modlitwie o Waszej pracy. Pozdrawiam gorąco Pana Prezesa i cały zespół redakcyjny!
Anna ze Zgierza
Szczęść Boże!
Kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniała. Popieram ją i bardzo się cieszę, że jesteście i stoicie na straży wiary. Musimy dziękować i wspierać naszą Królową za Jej miłość do naszego Narodu.
Zbigniew z Katowic
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szanowny Panie Prezesie, dziękuję bardzo serdecznie za przesłane mi pozdrowienia urodzinowe. Ucieszyłam się z bardzo ładnej kartki. Jestem dumna z działalności apostolskiej, jaką Państwo prowadzą. Podobają mi się bardzo czasopisma „Przymierze z Maryją” i „Apostoł Fatimy”. Cieszę się z tego, że mogę w nich znaleźć wiele bardzo ciekawych artykułów poruszających interesujące mnie tematy. Cieszę się z tego, że wiele osób może korzystać z tych czasopism. Pragnęłabym bardzo, aby wielu Polaków mogło zapoznać się z tymi ciekawymi gazetami.
Bardzo serdecznie dziękuję za otrzymane ostatnio „Przymierze z Maryją” i „Apostoła Fatimy”. Znalazłam w tych numerach wiele interesujących mnie zagadnień. Cieszę się z tego, że te czasopisma mogą trafić do wielu rodzin w Polsce. Pragnęłabym dalej otrzymywać te pisma.
Pozdrawiam Maryję Naszą Królową. Życzę Panu i współpracownikom dużo zdrowia i wielu łask Bożych w Jezusie i Maryi.
Wdzięczna Czytelniczka
Krystyna z Pruszkowa
Szczęść Boże!
Bardzo dziękuję za przysyłanie mi „Przymierza z Maryją”. Jest to pismo, które bardzo sobie cenię i szanuję. Redagujecie ciekawe artykuły. Zawsze czekam na nowe numery i pragnę poinformować, że zawsze będę Was wspierać. Niech Pan Bóg nas prowadzi!
Barbara
Szanowny Panie Prezesie!
Bardzo dziękuję Panu za życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego oraz fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły i ducha wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla naszej duchowości chrześcijańskiej. Dziękuję bardzo za wszystkie dewocjonalia, materiały, które od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi otrzymałam – są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę całej Redakcji i Panu Prezesowi obfitych łask Bożych. Szczęść Wam Boże na długie lata!
Danuta z Krakowa
Szanowni Państwo!
Dziękuję za wszystkie numery „Przymierza…”, bo to ciekawe czasopismo. Warto je prenumerować. Dużo opisujecie i dużo się dowiadujemy, co się dzieje teraz i kiedyś – jak to było na świecie dawno temu, w tamtych wiekach. Życzę Wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują zniszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg! Pozdrawiam Was serdecznie,
Maria
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Dziękuję z całego serca za cudowne „Przymierze z Maryją”. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję to pismo. Jest tam dużo pięknych, cudownych tekstów o Maryi i Jezusie Chrystusie, a także dużo o wierze katolickiej i o naszej kulturze. Są tam piękne tematy i bardzo dobre dla naszego życia wiadomości. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję „Przymierze z Maryją”. Dziękuję, modlę się za cały Apostolat Fatimy i za Pana Prezesa.
Janina z Włocławka
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Panie Sławomirze, w liście zadał mi Pan pytanie, czy jestem dumna z otrzymywanego pisma „Przymierze z Maryją”. Jestem dumna! A dlaczego? Bo jest to pismo jedyne w swoim rodzaju. To ogromna wiedza. Każdy artykuł bogaty w wydarzenia, emanuje częścią historii o naszej wierze katolickiej. Bardzo dużo przeczytałam dobrych książek (bo lubię czytać), ale pismo „Przymierze z Maryją” stawiam na pierwszym miejscu, bo porusza serce, ubogaca duszę i umysł. O wielu sprawach opisanych w artykułach wcześniej nie miałam wiedzy. Ale teraz mając 86 lat jestem poniekąd uczennicą „Przymierza z Maryją”. Mówi się, że człowiek uczy się do końca życia, prawda? Bóg zapłać za tę wiedzę. Z szacunkiem chylę czoło przed wszystkimi osobami za pracę i trud w tworzeniu pisma. A Matka Boża, nasza Królowa, niech Was błogosławi. Przy okazji „Bóg zapłać” za wszystko co dostaję od Stowarzyszenia Księdza Piotra Skargi: za życzenia urodzinowe, za listy Pana Sławomira i wszystkie pamiątki, a szczególnie za koronę Matki Bożej Fatimskiej. Jak stawałam przed Fatimską Panią, mówiłam w duchu: „Jesteś taka skromniutka, skromniutka bez korony”… A teraz moja Dostojna Pani ma koronę! Serdecznie dziękuję, bardzo się cieszę.
A jeszcze kilka słów o mnie… Jestem schorowaną osobą, chodzę o lasce. Nie mam już nawet siły iść sama do kościoła – to około 1 kilometra, ale mój sąsiad zawozi mnie co niedzielę na Mszę. Mam też problemy ze słuchem. Aparat słuchowy nie wszędzie zdaje egzamin, szczególnie w kościele, jak kapłan mówi dalej od mikrofonu, to robi się pogłos, ale jakoś daję sobie radę. Nie narzekam, bo mam dużą rodzinę i opiekuje się mną córka. Praktycznie przejęła wszystkie moje obowiązki. Przepraszam, że nie nadążam za waszymi propozycjami, ale w miarę możliwości będę wspomagać Stowarzyszenie. Życzę Wam wszystkim zdrowia i błogosławieństwa.
Z Panem Bogiem!
Genowefa