Cudowne wydarzenia
 
Św. Józef z Kupertynu – „latający brat osioł”

Św. Józef z Kupertynu, patron m.in. uczniów i studentów mających kłopoty z nauką – był pozbawiony wszelkich naturalnych talentów. Nieurodziwy i niezdarny, miał ogromne trudności w nauczeniu się czegokolwiek. W dodatku często chorował… Nie potrafił wykonać prostych czynności. Nie umiał rozmawiać ani nawet utrzymać naczyń, by ich nie stłuc. Bóg jednak w swojej mądrości delikatnie mu pomagał w realizacji powołania, które dla niego zaplanował.

Przyszły „Latający Brat” – nazywany tak ze względu na częste lewitacje – przyszedł na świat 17 czerwca 1603 roku w Kupertynie (Włochy) w rodzinie biednych rzemieślników. Z powodu długów ojca, matka powiła go w stajni za domem, który był w tym czasie w rękach komorników. Chłopiec, niedożywiony i pozbawiony przyzwoitych warunków do życia, często zapadał na różne choroby, wielokrotnie ocierając się o śmierć.


Pogodny „osioł”


W szkole koledzy nim pogardzali. Śmiali się, że jest „osłem”, a on nie oczekiwał też od nich specjalnego traktowania. Józef nie nauczył się niczego. Był zbyt roztargniony i szalenie nerwowy. Nagły hałas, np. bicie dzwonów w kościele, sprawiał, że natychmiast upuszczał wszystko, co miał w ręce. Często w szkole zostawał po godzinach, usiłując prowadzić rozmowy z kolegami. Nigdy jednak nie był w stanie opowiedzieć żadnej historii do końca. Po prostu brakowało mu słów, by wyrazić to, co chciał.


Wielu wydawało się, że Józef został straszliwie doświadczony przez „los”. Niedożywiony i chorowity, w dodatku pokryty wrzodami, sprawiał wrażenie, jakby był uosobieniem wszelkiego nieszczęścia. Nawet matka miała dość ciągłej troski o niego. Nikt nie chciał Józefa. Chłopak wcześnie to zrozumiał i zaakceptował. Tłumaczył sobie, że przecież jest brzydki, nic nie potrafi i dlatego ludzie go tak traktują. Jednak, pomimo swoich ułomności, do końca życia zachował pogodę ducha.


W szkole niczego się nie nauczył, podobnie zresztą w warsztacie pewnego szewca. Był zbyt rozkojarzony, zbyt pochłonięty innymi „niepraktycznymi rzeczami”.


W końcu, pewnego dnia tego „bezcelowego życia” – miał wówczas około siedemnastu lat – przyszło mu do głowy, by opuścić wioskę i wstąpić do zakonu. Pomyślał, że mógłby być zakonnikiem żebrzącym o chleb, skoro nic innego nie potrafi robić. Idea ta bardzo mu się spodobała, a jako że miał dwóch wujków mnichów, poczuł w sercu jakąś nadzwyczajną pewność, iż plan się powiedzie.


Lewitujący braciszek


Nie było mu łatwo znaleźć wspólnotę, która ochoczo by powitała kogoś takiego jak on. W końcu trafił do kapucynów na próbę jako świecki brat. Mimo najlepszych intencji przełożonych, wyzwanie przed jakim stanęli zakonnicy, okazało się ponad ich siły. Józef był utrapieniem dla innych. Częste ekstazy, które towarzyszyły mu od początku życia, stały się dla mnichów nie do zniesienia. Józef potrafił nagle, w trakcie wykonywania jakiejś czynności, zapomnieć o wszystkim. Klękał gdzie popadło, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co się znajdowało wokół niego. Upuszczał wszystko, co miał w rękach i unosił się w powietrzu.


Zakonnicy nie mogli mu powierzać obowiązku zmywania naczyń, bo je tłukł. Nie mógł przynosić jedzenia do refektarza, bo podczas ekstazy po prostu upuszczał je na podłogę. Bracia, by zawstydzić młodziana i przestrzec przed podobnym zachowaniem, postanowili przyczepić do jego habitu powiązane ze sobą skorupy naczyń, mając nadzieję, że go to „uzdrowi z roztargnienia”. Nie pomogło…


Wzgardzony, nie popadł w rozpacz

W końcu nawet sługom Bożym skończyła się cierpliwość. Zdjęli z niego habit i wyrzucili z klasztoru. Ten dzień odcisnął trwałe piętno w sercu przyszłego mnicha. Józef mówił później, że kiedy pozbawiano go stroju zakonnego, czuł się jakby obdzierano go ze skóry.


Ale to nie był koniec kłopotów Józefa. Wyrzucony z zakonu, ruszył w drogę. Miał na sobie resztki starego, mocno zniszczonego przez mole płaszcza. Pozbawiony butów, kapelusza i pończoch wyglądał żałośnie. Psy rzuciły się na resztę jego odzienia i podarły je na strzępy. Pasterze wzięli niedoszłego zakonnika za łotra i już go mieli pobić, gdy jeden z nich – zdjęty żalem – przekonał pozostałych, by puścić nieznajomego wolno. Ledwie umknąwszy pasterzom, wpadł w ręce pewnego jeźdźca, który zamierzał „szpiega” przekazać policji. Przyjrzawszy się mu dokładniej, szlachcic doszedł do wniosku, że to „nieszkodliwy wariat” i pozwolił mu odejść.


Podarty, poobijany i głodny Józef dotarł do wioski, w której mieszkał jeden z jego wujów, zamożny kupiec. Chłopak miał nadzieję, że znajdzie u niego jakieś zajęcie. Przeliczył się. Wuj, widząc krewnego w tak opłakanym stanie, uznał, że nie ma dla niego żadnego ratunku. Wyrzucił więc Józefa na ulicę. Ten w końcu udał się do rodzinnej miejscowości. Zbliżył się do ubogiej chaty, w której mieszkała jego matka. Z bojaźnią i drżeniem – pamiętając dobrze, jak wielkim utrapieniem był dla niej – otworzył drzwi. Wymownie spojrzał na tę, która nosiła go w swoim łonie i upadł wyczerpany. Matka, czyniąc mu wyrzuty, że zhańbił rodzinę, bo został wyrzucony z klasztoru, kazała mu iść precz.


Jednak po chwili, zdjęta litością, postanowiła jakoś mu pomóc. Zwróciła się więc do swojego brata, który był franciszkaninem, prosząc, by spróbował „umieścić” Józefa w jakimkolwiek klasztorze, by posługiwał innym. Wuj uznał chłopaka za „nieprzydatnego”. W końcu jednak wyszukał mu miejsce u franciszkanów konwentualnych. Miał być stajennym.


Józef kapłanem?


Józef zabrał się do swojego zadania bez narzekania. Uważał, że spotkało go wielkie szczęście, bo przecież nie mógł oczekiwać innej posady. W końcu nic nie potrafił robić. Całe dnie spędzał z mułami, zachowując pogodę ducha.


Swoją dobrocią zarażał mnichów, którzy coraz częściej zaczęli zaglądać do niego z najróżniejszych powodów. Józef zawsze ich witał rozpromieniony, jakby sam Pan raczył odwiedzić najpokorniejszego sługę. Widać było, jak niewiele myślał o sobie, jak wielką radość czerpał ze służby innym. Czasami w wolnych chwilach wychodził na ulice i żebrał, a to, co dostał, oddawał braciom zakonnym. Z czasem także zwykli ludzie – wskutek uprzejmości, jaką im okazywał roztargniony młodzian – zaczęli nabierać do niego zaufania.


Mnisi po licznych rozmowach w swoim gronie zasugerowali radzie prowincjonalnej, by spróbować wyświęcić Józefa na kapłana. Rada – nie bez ogromnych wątpliwości – postanowiła dać mu szansę.


Szczęście czy cuda?


W ten sposób po raz kolejny Józef został przyjęty do zakonu. Przełożeni podjęli trud przygotowania go do święceń. Wysiłek wydawał się beznadziejny. Przy wszystkich swoich dobrych intencjach, Józef z trudem nauczył się czytać. Pisać już nie potrafił. Nie umiał także wypowiedzieć się na temat fragmentów Pisma Świętego, z wyjątkiem jednego wersetu z Ewangelii św. Łukasza: Beatus Venter qui te portavit (Błogosławione łono, które cię nosiło).


Przełożeni – nie robiąc sobie większych nadziei – wysłali Józefa na egzamin. Biskup‑egzaminator otworzył Pismo Święte w sposób losowy i jego wzrok padł na ten fragment tekstu, który Józef dobrze znał. Ku zaskoczeniu wszystkich – przyszły diakon rozprawiał o nim jak najlepszy teolog. Powiedzielibyśmy: cóż za zbieg okoliczności albo: jakież „szczęście” miał ów młodzian. Prawdą jest, że bez interwencji Boga tego „szczęścia” po prostu by nie było.


Rok później diakona czekał kolejny egzamin. Wszyscy postulanci – z wyjątkiem Józefa – byli bardzo dobrze przygotowani. Biskup przepytał pierwszą grupę kandydatów na kapłanów. Odpowiadali znakomicie. Zakładając, że wszyscy są tak dobrze przygotowani jak ci, którzy zostali odpytani, hierarcha dopuścił do święceń pozostałe osoby bez egzaminu. Wśród nich był także Józef. Znowu szczęście? 4 marca 1628 roku, „nieudacznik” w opinii ludzi został kapłanem w wieku 25 lat, mimo swoich licznych ograniczeń.


Zamknij mnie w celi


Bracia zakonni zaczęli dostrzegać u niego – pod maską otępienia i dziwnych zachowań – cudowną prostotę i bezinteresowność. Jednak do końca życia Józef musiał znosić ciągłe „bury” od współbraci, a to za to, że zgubił sandały, różaniec itp. Podczas ekstaz, gdy lewitował, ludzie zabierali na pamiątkę jego rzeczy. Gdy przełożony mówił, że klasztor nie może sobie pozwolić, aby dawać mu codziennie nowe ubrania, ten odpowiedział: – Ojcze, to nie pozwól mi więcej wychodzić. Zamknij mnie w celi.


Józef nie miał złudzeń co do swojej pozycji w świecie doczesnym. Świadomy własnych ułomności nie oczekiwał szczególnego traktowania z tytułu bycia kapłanem. Po święceniach żył jak dawniej. Brał najcięższe prace, od których uchylali się inni zakonnicy. Przenosił kamienie i zaprawę murarską, gdy inni protestowali, mówiąc, że taka praca nie przystoi kapłanowi. Zawsze pytał: – Bracie, co jest jeszcze do zrobienia?


Ciągłe ekstazy i lewitacje


Jako mnich lepiej dostrzegał obecność Boga. Całe dnie potrafił adorować Stwórcę i tylko wyraźny nakaz przełożonych odrywał go od tych medytacji. Józef wpadał w ekstazę w różnych miejscach. Nagle stawał nieruchomy jak posąg, nieczuły jak kamień. Bracia kłuli go szpilkami, a nawet przypalali mu dłonie. Kiedy „Latający Brat” wracał do siebie, mówił im tylko, by go ponownie nie próbowali spalić.

Pewien duchowny, który przybył go zbadać, zauważył, że na dłoniach ma rany. Józef nie mógł ich ukryć. – Patrz, Ojcze, co bracia muszą ze mną robić, gdy mam zawroty głowy – odparł z uśmiechem.


Częste lewitacje Józefa irytowały współbraci, którzy nie mogli w spokoju spożyć posiłku. Gdy któryś z nich zauważył, że Józef wpada w ekstazę, natychmiast podnosił alarm, spodziewając się spadających talerzy i kubków.


Józef wykorzystywał dar lewitacji, pomagając np. robotnikom osadzić krzyż na właściwym miejscu. „Latający Brat” unosił się w powietrzu, wpadając w zachwyt nad darami Stwórcy, podziwiając kwiaty, stworzenia Boże i adorując Najwyższego.


Był jak święty Franciszek z Asyżu


Braciszek potrafił „rozmawiać” – jak św. Franciszek z Asyżu – ze zwierzętami. Szczególnie z ptakami – pomagał im w śpiewie ku czci Matki Bożej.


Innym razem, gdy pewnej soboty nikt nie zjawił się w kapliczce, w której zwykle odmawiał litanię do Matki Bożej – akurat wtedy były zbiory – zawołał owce pasące się w dolinie. – Boże owce, chodźcie do mnie uczcić Matkę Bożą, która jest także waszą Matką – krzyknął. I tak pokorne stworzenia opuściły pastwisko i stawiły się w kaplicy. Skupione wokół braciszka beczały po każdym wersie modlitwy ku czci Najświętszej Marii Panny, a potem wróciły na dawne miejsce.


Józef czynił cuda wśród ubogich. Uzdrawiał niewidomych, chore dzieci, zranionych robotników. Bracia zakonni nie dowierzali, by tak ograniczony człowiek miał moc uzdrawiania pochodzącą od samego Boga. Donieśli więc na niego do inkwizytorów. Ci jednak nie byli w stanie dostrzec u zakonnika niczego, co by przeczyło ­wierze.


… by o mnie zapomniano


Przełożeni przenosili „Latającego Brata” z klasztordo klasztoru, by ukryć go przed ludem tak licznie nawiedzającym miejsca pobytu świątobliwego zakonnika. Józef nie mógł opuszczać murów, kontaktować się listownie, rozmawiać z osobami spoza wspólnoty, a nawet ze zwierzętami. Bardzo mu to doskwierało. Żył w odosobnieniu, często jednak lewitując. Czasami bracia spotykali go unoszącego się w ogrodzie. Józef nawet wtedy był dla nich utrapieniem. Doskonale czytał w ich myślach i z dala wyczuwał swąd grzechu.


Pewnego ranka przyszedł do kościoła, by odprawić Mszę. Ogłosił wówczas, że papież zmarł w nocy (śmierć Urbana VIII). Później zdarzyło mu się to jeszcze raz (śmierć Innocentego X).


Ojciec Józef z Kupertynu zmarł 18 września 1663 roku. Miał tylko jedno życzenie: Pochowajcie mnie w takim miejscu, by o mnie zapomniano.


Prof. Plinio Corrêa de Oliveira, wielki czciciel Maryi, komentując kiedyś życie mnicha, zauważył, że „Latający Brat”, mimo wszystkich swoich ułomności, zawsze starał się z pokorą jak najlepiej pełnić wolę Bożą. A Bóg docenia pokorę i w cudowny sposób pomnaża dzieła swojego sługi…



NAJNOWSZE WYDANIE:
Sami, lecz nie samotni
Wyobcowanie, depresja, lęk, utrata sensu, pustka… Bardzo często te życiowe bolączki kojarzą się z samotnością, osamotnieniem, poczuciem opuszczenia. Ale zastanówmy się – czy zawsze ten stan musi być czymś złym i uciążliwym? Czy na pewno nie możemy wyciągnąć z samotności jakichś korzyści? A może mamy wtedy więcej czasu na refleksję, na przemyślenie własnego życia, relacji z Bogiem i bliźnimi?

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Wiara trzyma mnie przy życiu

Panią Wiesławę Mazur z Jeżówki w Małopolsce poznałem podczas wrześniowej pielgrzymki Apostołów Fatimy do Zakopanego, Kalwarii Zebrzydowskiej, Wadowic i Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie. W swojej parafii, pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, pani Wiesława należy do wspólnoty Żywego Różańca. Oto co jeszcze o sobie opowiedziała…

 

Wiarę przekazali mi rodzice. Mieszkaliśmy w Sułoszowie, do kościoła mieliśmy 5 km, ale w niedzielę nie było, że nie chce mi się iść do kościoła. Nawet nikt o tym nie pomyślał. To zostaje, to zaszczepiła mi mama i do dzisiaj tak jest. Był tylko podział: tato szedł na siódmą, ja na dziewiątą, a mama na sumę, bo każdy miał jakieś obowiązki. Takie były niedziele. A broń Boże, żeby coś wziąć do ręki, coś robić w niedzielę! A dzisiaj? Pranie, sprzątanie… Młode pokolenie wszystko wykonuje w niedzielę, bo wtedy ma czas. W tamtych czasach było to nie do pomyślenia.


W Licheniu doznałam czegoś niesamowitego


Pani Wiesława lubi pielgrzymować, a szczególne miejsce w jej sercu zajmuje sanktuarium w Licheniu. W Licheniu byłam siedem razy. 20 lat temu doznałam tam czegoś niesamowitego. Jechaliśmy przez Kalisz i wstąpiliśmy do Sanktuarium św. Józefa. Kolana mnie wtedy tak bolały, że myślałam iż nie dam rady dojechać do Lichenia. Jak wchodziliśmy do sanktuarium w Kaliszu, to w duchu poprosiłam: żeby te kolana przestały mnie boleć. Nagle poczułam, jakby się ugięły, ale nic więcej się nie stało. Weszliśmy do kościoła, pomodliliśmy się, złożyliśmy podziękowania oraz prośby i pojechaliśmy dalej. W Licheniu trzeba było przejść na klęczkach przez bramę, przy której jest głaz z odciśniętymi stopami Matki Bożej. Powiedziałam, że nie mogę, bo jak klęknę, to nie wstanę, tak mnie te kolana bolą. Wtedy moja koleżanka powiedziała: Spróbuj, może ci się uda. I tak zrobiłam. Przeszłam tę bramę na klęczkach, wstałam i… kolana mnie nie bolały! Do dzisiaj mam zdrowe kolana. Dlatego wracam do Lichenia, jak tylko jest okazja.


Należę do Apostolatu Fatimy i chętnie czytam „Przymierze z Maryją”


Pewnego razu znalazłam ogłoszenie w gazecie, że można otrzymać „Przymierze z Maryją” i różaniec. Wysłałam mój adres i poprosiłam o przysłanie. Dostałam różaniec i książeczkę o przepowiedniach Matki Bożej z Fatimy. Od tamtej pory wszystko się zaczęło: zaczęłam być w kontakcie ze Stowarzyszeniem, które wspomagałam, na ile mnie było stać. W czasopismach, które dostaję, jest dużo ciekawych rzeczy. Niektóre sobie zachowałam na pamiątkę; wracam do nich, czytam, analizuję, przetrawiam po swojemu. Czytam chętnie prawie całe „Przymierze z Maryją”, bo te artykuły dużo mi dają, wiele się z nich dowiedziałam, a jak rozmawiam ze znajomymi i ktoś mnie pyta skąd to wiem, to mówię, że było w „Przymierzach…”. Po przeczytaniu nic nie wyrzucam, tylko zanoszę do kościoła, żeby ktoś inny sobie zabrał, przeczytał i poznał Stowarzyszenie.


Od 2018 roku należę do Apostolatu Fatimy i jestem z tego bardzo zadowolona. Zauważyłam, że z mojej miejscowości kilka osób też zapisało się do Apostolatu, bo jak rozmawiam i mówię, że jest Apostolat Fatimy i Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi, to słyszę: Tak, my już wiemy.


Żyję dzięki temu, że wierzę


Pani Wiesława przeżyła śmierć męża, syna i córki. Wiara w Pana Boga i ufność, że Matka Boża pomoże jej i jej bliskim w tej trudnej sytuacji, bardzo pomagała. Tak wspomina te trudne chwile: – Mąż zmarł wcześniej, ale z tym jeszcze szło się pogodzić, bo już przeżył trochę lat, natomiast cierpienie matki nad umierającym dzieckiem, to jest chyba najgorsza rzecz w życiu. Stało się, jak się stało. Trzeba jednak żyć dalej, trzeba się z tym pogodzić, bo jak byśmy się nie pogodzili, to co by z nas było? Dzięki temu, że wierzę, to żyję.


Pewnego razu, gdy byłam u schyłku wytrzymałości, usłyszałam wewnętrzny głos: Nie rezygnuj! I pomyślałam: Nie! Nie zrezygnuję! Dodało mi to tyle siły, że wytrzymałam wszystko i przetrwałam do końca. Nie załamałam się, bo uświadomiłam sobie, że taka była wola Boża. Modlę się tylko, żeby nie było gorzej i wierzę, że kiedyś się jeszcze spotkamy.


Oprac. Janusz Komenda

 


Listy od Przyjaciół
 
Listy

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Na początku chciałabym gorąco podziękować całej Redakcji, wszystkim redaktorom, księżom, którzy piszą piękne artykuły. Chciałam z całego serca podziękować za otrzymane „Przymierze z Maryją” oraz piękną figurkę Matki Bożej Fatimskiej oraz inne materiały i dewocjonalia. Wasza praca jest potrzebna, wartościowa, pokazuje piękno wiary w Miłosierdzie Boże. Będę się modlić za całą Redakcję o zdrowie, siły i błogosławieństwo Boże.

Z Panem Bogiem!

Jolanta z Rybnika

 

 

Szanowni Państwo!

Serdecznie dziękuję za piękny kalendarz „365 dni z Maryją”, a także za ładne poświęcone obrazki i wszystkie przesyłki, jakie otrzymuję od Was. Cieszę się, że o mnie pamiętacie i ja też o Was pamiętam w modlitwie. Bardzo cieszę się z Waszej pracy. Dużo pracuje cały zespół, chylę czoła przed Wami. Bardzo dziękuję Wam wszystkim, życząc wszelkiego Dobra. Szczęść Boże!

Franciszka z Gryfina

 

 

Szanowny Panie Prezesie!

Bardzo dziękuję Panu za piękne życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego, ale również i fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły ducha i wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla rozwoju naszej duchowości chrześcijańskiej. Wszystkie materiały i dewocjonalia, które otrzymałem od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi, są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę Panu, Apostolatowi Fatimy, zespołowi redakcyjnemu i wszystkim współpracownikom wielu łask Bożych, opieki Maryi, dużo radości i zdrowia. Wszystkiego najlepszego. Szczęść Boże!

Marek z Lublina

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Bardzo dziękuję za współpracę z Wami. Trwa ona już od 18 lat. Doceniam Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi i cały zespół redakcyjny. To, co piszecie, pogłębia naszą wiarę w trudnych dzisiejszych czasach. Modlę się za cały zespół redakcyjny. Dziękuję, że pamiętacie w modlitwach o mnie i mojej rodzinie, za życzenia urodzinowe, za kalendarz, który rozświetla mój dom. Każdego dnia patrzę na Matkę Najświętszą, która nas błogosławi, wyprasza nam zdrowie i opiekę.

Z Panem Bogiem!

Danuta z Michałowa

 

 

Szczęść Boże!

Pragnę złożyć serdeczne podziękowanie za otrzymane życzenia urodzinowe uwiecznione na pięknej karcie z wizerunkiem Fatimskiej Pani.

Z Panem Bogiem!

Robert

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Bardzo dziękuję za Wasz wkład w krzewienie prawd wiary. Pragnę podziękować za otrzymane materiały edukacyjne, które umacniają wiarę, duchowość, niosą światło pokoju i miłość w sercach. Dają nadzieję do życia i niech tak pozostanie jak najdłużej – najlepiej na zawsze. Wspierając tę kampanię, wspólnie walczymy o serca, które jeszcze są uśpione. Cały miesiąc październik uczestniczyłem w nabożeństwie różańcowym, ofiarując za grzeszników, którzy obrażają Niepokalane Serce Maryi. Życzę całej Redakcji i dla Pana Prezesa obfitych łask Bożych. Z Panem Bogiem, Bóg zapłać za wszystko z całego serca!

Wojciech z Grodziska Mazowieckiego

 

 

Szczęść Boże!

Takie dzieła Boże jak Wasze trzeba koniecznie wzbudzać! W przesłaniu Matki Bożej płynącym z Gietrzwałdu drzemie wielka potęga ratunku dla Polski – to jest nasze zadanie do odrobienia. Bogu dzięki, że mamy w Polsce tak wspaniałych ludzi jak Wy (i Wasze Stowarzyszenie), którzy to odkrywają! Heroicznym wysiłkiem rozprzestrzeniają to cudownie ratujące Polskę przesłanie. Szczęść Wam Boże na długie lata!

Rita i Ryszard

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziękuję bardzo za życzenia urodzinowe, a szczególnie za Waszą modlitwę w mojej intencji. Najbardziej wszyscy potrzebujemy opieki Pana Boga. Świętym Charbelem, zainteresowałam się już kilka lat temu. Oprócz książek, mam dla całej rodziny relikwie oraz olej świętego Charbela, przysłanym z Libanu. Warto, aby jak najwięcej ludzi Go poznało. Chciałam powiedzieć także o innym, bardzo skutecznym orędowniku, chociaż oczekującym na wyniesienie na ołtarze, Słudze Bożym Wenantym Katarzyńcu, nazywanym polskim Charbelem. Bardzo skutecznym, czego osobiście doświadczyłam. Sama nie mogłam uwierzyć, jak szybko i w jaki sposób mi pomógł. Tego dowody posiada również moja córka. Rozwikłanie jej problemu odbywało się w tak irracjonalny sposób, że trudno nie uwierzyć w pomoc Sługi Bożego Wenantego. Obiecałam, że będę opowiadała o Jego skutecznej pomocy. W internecie jest wiele filmów i książek o Wenantym. Żyjemy dzisiaj w trudnych czasach, dużo ludzi boryka się z problemami finansowymi. Jeśli ten stan się nie zmieni, czeka nas totalne bankructwo. Czcigodny Sługa Boży Wenanty Katarzyniec jest bardzo skuteczny w tych sprawach. Szanowni Państwo, może również warto by było dać ludziom szansę skorzystania z tej pomocy i zorganizować jakąś akcję związaną z tym kandydatem na ołtarze? Życzę Państwu dużo zdrowia i siły w prowadzeniu tak szczytnej działalności, z której obficie korzystamy. Mówię z wdzięcznością – Bóg zapłać!

Krystyna

 

 

Szczęść Boże!

Bardzo popieram to, co robicie – że wysyłacie różne pisma, które w tym czasie są bardzo potrzebne, aby ludzie się dowiedzieli, jak żyć z pomocą Pana Jezusa, Matki Najświętszej i wiarą bo jest to bardzo potrzebne. Dziękuję za wszystkie upominki, które od Was otrzymuję. Gorąco modlę się za Was i także proszę o modlitwę.

Genowefa z Rzeszowa