Cudowne wydarzenia
 
Św. Józef z Kupertynu – „latający brat osioł”

Św. Józef z Kupertynu, patron m.in. uczniów i studentów mających kłopoty z nauką – był pozbawiony wszelkich naturalnych talentów. Nieurodziwy i niezdarny, miał ogromne trudności w nauczeniu się czegokolwiek. W dodatku często chorował… Nie potrafił wykonać prostych czynności. Nie umiał rozmawiać ani nawet utrzymać naczyń, by ich nie stłuc. Bóg jednak w swojej mądrości delikatnie mu pomagał w realizacji powołania, które dla niego zaplanował.

Przyszły „Latający Brat” – nazywany tak ze względu na częste lewitacje – przyszedł na świat 17 czerwca 1603 roku w Kupertynie (Włochy) w rodzinie biednych rzemieślników. Z powodu długów ojca, matka powiła go w stajni za domem, który był w tym czasie w rękach komorników. Chłopiec, niedożywiony i pozbawiony przyzwoitych warunków do życia, często zapadał na różne choroby, wielokrotnie ocierając się o śmierć.


Pogodny „osioł”


W szkole koledzy nim pogardzali. Śmiali się, że jest „osłem”, a on nie oczekiwał też od nich specjalnego traktowania. Józef nie nauczył się niczego. Był zbyt roztargniony i szalenie nerwowy. Nagły hałas, np. bicie dzwonów w kościele, sprawiał, że natychmiast upuszczał wszystko, co miał w ręce. Często w szkole zostawał po godzinach, usiłując prowadzić rozmowy z kolegami. Nigdy jednak nie był w stanie opowiedzieć żadnej historii do końca. Po prostu brakowało mu słów, by wyrazić to, co chciał.


Wielu wydawało się, że Józef został straszliwie doświadczony przez „los”. Niedożywiony i chorowity, w dodatku pokryty wrzodami, sprawiał wrażenie, jakby był uosobieniem wszelkiego nieszczęścia. Nawet matka miała dość ciągłej troski o niego. Nikt nie chciał Józefa. Chłopak wcześnie to zrozumiał i zaakceptował. Tłumaczył sobie, że przecież jest brzydki, nic nie potrafi i dlatego ludzie go tak traktują. Jednak, pomimo swoich ułomności, do końca życia zachował pogodę ducha.


W szkole niczego się nie nauczył, podobnie zresztą w warsztacie pewnego szewca. Był zbyt rozkojarzony, zbyt pochłonięty innymi „niepraktycznymi rzeczami”.


W końcu, pewnego dnia tego „bezcelowego życia” – miał wówczas około siedemnastu lat – przyszło mu do głowy, by opuścić wioskę i wstąpić do zakonu. Pomyślał, że mógłby być zakonnikiem żebrzącym o chleb, skoro nic innego nie potrafi robić. Idea ta bardzo mu się spodobała, a jako że miał dwóch wujków mnichów, poczuł w sercu jakąś nadzwyczajną pewność, iż plan się powiedzie.


Lewitujący braciszek


Nie było mu łatwo znaleźć wspólnotę, która ochoczo by powitała kogoś takiego jak on. W końcu trafił do kapucynów na próbę jako świecki brat. Mimo najlepszych intencji przełożonych, wyzwanie przed jakim stanęli zakonnicy, okazało się ponad ich siły. Józef był utrapieniem dla innych. Częste ekstazy, które towarzyszyły mu od początku życia, stały się dla mnichów nie do zniesienia. Józef potrafił nagle, w trakcie wykonywania jakiejś czynności, zapomnieć o wszystkim. Klękał gdzie popadło, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co się znajdowało wokół niego. Upuszczał wszystko, co miał w rękach i unosił się w powietrzu.


Zakonnicy nie mogli mu powierzać obowiązku zmywania naczyń, bo je tłukł. Nie mógł przynosić jedzenia do refektarza, bo podczas ekstazy po prostu upuszczał je na podłogę. Bracia, by zawstydzić młodziana i przestrzec przed podobnym zachowaniem, postanowili przyczepić do jego habitu powiązane ze sobą skorupy naczyń, mając nadzieję, że go to „uzdrowi z roztargnienia”. Nie pomogło…


Wzgardzony, nie popadł w rozpacz

W końcu nawet sługom Bożym skończyła się cierpliwość. Zdjęli z niego habit i wyrzucili z klasztoru. Ten dzień odcisnął trwałe piętno w sercu przyszłego mnicha. Józef mówił później, że kiedy pozbawiano go stroju zakonnego, czuł się jakby obdzierano go ze skóry.


Ale to nie był koniec kłopotów Józefa. Wyrzucony z zakonu, ruszył w drogę. Miał na sobie resztki starego, mocno zniszczonego przez mole płaszcza. Pozbawiony butów, kapelusza i pończoch wyglądał żałośnie. Psy rzuciły się na resztę jego odzienia i podarły je na strzępy. Pasterze wzięli niedoszłego zakonnika za łotra i już go mieli pobić, gdy jeden z nich – zdjęty żalem – przekonał pozostałych, by puścić nieznajomego wolno. Ledwie umknąwszy pasterzom, wpadł w ręce pewnego jeźdźca, który zamierzał „szpiega” przekazać policji. Przyjrzawszy się mu dokładniej, szlachcic doszedł do wniosku, że to „nieszkodliwy wariat” i pozwolił mu odejść.


Podarty, poobijany i głodny Józef dotarł do wioski, w której mieszkał jeden z jego wujów, zamożny kupiec. Chłopak miał nadzieję, że znajdzie u niego jakieś zajęcie. Przeliczył się. Wuj, widząc krewnego w tak opłakanym stanie, uznał, że nie ma dla niego żadnego ratunku. Wyrzucił więc Józefa na ulicę. Ten w końcu udał się do rodzinnej miejscowości. Zbliżył się do ubogiej chaty, w której mieszkała jego matka. Z bojaźnią i drżeniem – pamiętając dobrze, jak wielkim utrapieniem był dla niej – otworzył drzwi. Wymownie spojrzał na tę, która nosiła go w swoim łonie i upadł wyczerpany. Matka, czyniąc mu wyrzuty, że zhańbił rodzinę, bo został wyrzucony z klasztoru, kazała mu iść precz.


Jednak po chwili, zdjęta litością, postanowiła jakoś mu pomóc. Zwróciła się więc do swojego brata, który był franciszkaninem, prosząc, by spróbował „umieścić” Józefa w jakimkolwiek klasztorze, by posługiwał innym. Wuj uznał chłopaka za „nieprzydatnego”. W końcu jednak wyszukał mu miejsce u franciszkanów konwentualnych. Miał być stajennym.


Józef kapłanem?


Józef zabrał się do swojego zadania bez narzekania. Uważał, że spotkało go wielkie szczęście, bo przecież nie mógł oczekiwać innej posady. W końcu nic nie potrafił robić. Całe dnie spędzał z mułami, zachowując pogodę ducha.


Swoją dobrocią zarażał mnichów, którzy coraz częściej zaczęli zaglądać do niego z najróżniejszych powodów. Józef zawsze ich witał rozpromieniony, jakby sam Pan raczył odwiedzić najpokorniejszego sługę. Widać było, jak niewiele myślał o sobie, jak wielką radość czerpał ze służby innym. Czasami w wolnych chwilach wychodził na ulice i żebrał, a to, co dostał, oddawał braciom zakonnym. Z czasem także zwykli ludzie – wskutek uprzejmości, jaką im okazywał roztargniony młodzian – zaczęli nabierać do niego zaufania.


Mnisi po licznych rozmowach w swoim gronie zasugerowali radzie prowincjonalnej, by spróbować wyświęcić Józefa na kapłana. Rada – nie bez ogromnych wątpliwości – postanowiła dać mu szansę.


Szczęście czy cuda?


W ten sposób po raz kolejny Józef został przyjęty do zakonu. Przełożeni podjęli trud przygotowania go do święceń. Wysiłek wydawał się beznadziejny. Przy wszystkich swoich dobrych intencjach, Józef z trudem nauczył się czytać. Pisać już nie potrafił. Nie umiał także wypowiedzieć się na temat fragmentów Pisma Świętego, z wyjątkiem jednego wersetu z Ewangelii św. Łukasza: Beatus Venter qui te portavit (Błogosławione łono, które cię nosiło).


Przełożeni – nie robiąc sobie większych nadziei – wysłali Józefa na egzamin. Biskup‑egzaminator otworzył Pismo Święte w sposób losowy i jego wzrok padł na ten fragment tekstu, który Józef dobrze znał. Ku zaskoczeniu wszystkich – przyszły diakon rozprawiał o nim jak najlepszy teolog. Powiedzielibyśmy: cóż za zbieg okoliczności albo: jakież „szczęście” miał ów młodzian. Prawdą jest, że bez interwencji Boga tego „szczęścia” po prostu by nie było.


Rok później diakona czekał kolejny egzamin. Wszyscy postulanci – z wyjątkiem Józefa – byli bardzo dobrze przygotowani. Biskup przepytał pierwszą grupę kandydatów na kapłanów. Odpowiadali znakomicie. Zakładając, że wszyscy są tak dobrze przygotowani jak ci, którzy zostali odpytani, hierarcha dopuścił do święceń pozostałe osoby bez egzaminu. Wśród nich był także Józef. Znowu szczęście? 4 marca 1628 roku, „nieudacznik” w opinii ludzi został kapłanem w wieku 25 lat, mimo swoich licznych ograniczeń.


Zamknij mnie w celi


Bracia zakonni zaczęli dostrzegać u niego – pod maską otępienia i dziwnych zachowań – cudowną prostotę i bezinteresowność. Jednak do końca życia Józef musiał znosić ciągłe „bury” od współbraci, a to za to, że zgubił sandały, różaniec itp. Podczas ekstaz, gdy lewitował, ludzie zabierali na pamiątkę jego rzeczy. Gdy przełożony mówił, że klasztor nie może sobie pozwolić, aby dawać mu codziennie nowe ubrania, ten odpowiedział: – Ojcze, to nie pozwól mi więcej wychodzić. Zamknij mnie w celi.


Józef nie miał złudzeń co do swojej pozycji w świecie doczesnym. Świadomy własnych ułomności nie oczekiwał szczególnego traktowania z tytułu bycia kapłanem. Po święceniach żył jak dawniej. Brał najcięższe prace, od których uchylali się inni zakonnicy. Przenosił kamienie i zaprawę murarską, gdy inni protestowali, mówiąc, że taka praca nie przystoi kapłanowi. Zawsze pytał: – Bracie, co jest jeszcze do zrobienia?


Ciągłe ekstazy i lewitacje


Jako mnich lepiej dostrzegał obecność Boga. Całe dnie potrafił adorować Stwórcę i tylko wyraźny nakaz przełożonych odrywał go od tych medytacji. Józef wpadał w ekstazę w różnych miejscach. Nagle stawał nieruchomy jak posąg, nieczuły jak kamień. Bracia kłuli go szpilkami, a nawet przypalali mu dłonie. Kiedy „Latający Brat” wracał do siebie, mówił im tylko, by go ponownie nie próbowali spalić.

Pewien duchowny, który przybył go zbadać, zauważył, że na dłoniach ma rany. Józef nie mógł ich ukryć. – Patrz, Ojcze, co bracia muszą ze mną robić, gdy mam zawroty głowy – odparł z uśmiechem.


Częste lewitacje Józefa irytowały współbraci, którzy nie mogli w spokoju spożyć posiłku. Gdy któryś z nich zauważył, że Józef wpada w ekstazę, natychmiast podnosił alarm, spodziewając się spadających talerzy i kubków.


Józef wykorzystywał dar lewitacji, pomagając np. robotnikom osadzić krzyż na właściwym miejscu. „Latający Brat” unosił się w powietrzu, wpadając w zachwyt nad darami Stwórcy, podziwiając kwiaty, stworzenia Boże i adorując Najwyższego.


Był jak święty Franciszek z Asyżu


Braciszek potrafił „rozmawiać” – jak św. Franciszek z Asyżu – ze zwierzętami. Szczególnie z ptakami – pomagał im w śpiewie ku czci Matki Bożej.


Innym razem, gdy pewnej soboty nikt nie zjawił się w kapliczce, w której zwykle odmawiał litanię do Matki Bożej – akurat wtedy były zbiory – zawołał owce pasące się w dolinie. – Boże owce, chodźcie do mnie uczcić Matkę Bożą, która jest także waszą Matką – krzyknął. I tak pokorne stworzenia opuściły pastwisko i stawiły się w kaplicy. Skupione wokół braciszka beczały po każdym wersie modlitwy ku czci Najświętszej Marii Panny, a potem wróciły na dawne miejsce.


Józef czynił cuda wśród ubogich. Uzdrawiał niewidomych, chore dzieci, zranionych robotników. Bracia zakonni nie dowierzali, by tak ograniczony człowiek miał moc uzdrawiania pochodzącą od samego Boga. Donieśli więc na niego do inkwizytorów. Ci jednak nie byli w stanie dostrzec u zakonnika niczego, co by przeczyło ­wierze.


… by o mnie zapomniano


Przełożeni przenosili „Latającego Brata” z klasztordo klasztoru, by ukryć go przed ludem tak licznie nawiedzającym miejsca pobytu świątobliwego zakonnika. Józef nie mógł opuszczać murów, kontaktować się listownie, rozmawiać z osobami spoza wspólnoty, a nawet ze zwierzętami. Bardzo mu to doskwierało. Żył w odosobnieniu, często jednak lewitując. Czasami bracia spotykali go unoszącego się w ogrodzie. Józef nawet wtedy był dla nich utrapieniem. Doskonale czytał w ich myślach i z dala wyczuwał swąd grzechu.


Pewnego ranka przyszedł do kościoła, by odprawić Mszę. Ogłosił wówczas, że papież zmarł w nocy (śmierć Urbana VIII). Później zdarzyło mu się to jeszcze raz (śmierć Innocentego X).


Ojciec Józef z Kupertynu zmarł 18 września 1663 roku. Miał tylko jedno życzenie: Pochowajcie mnie w takim miejscu, by o mnie zapomniano.


Prof. Plinio Corrêa de Oliveira, wielki czciciel Maryi, komentując kiedyś życie mnicha, zauważył, że „Latający Brat”, mimo wszystkich swoich ułomności, zawsze starał się z pokorą jak najlepiej pełnić wolę Bożą. A Bóg docenia pokorę i w cudowny sposób pomnaża dzieła swojego sługi…



NAJNOWSZE WYDANIE:
Pod opieką Matki
Dotarliśmy do 150. numeru „Przymierza z Maryją” – pisma tak wyczekiwanego w tysiącach polskich domów. W przeważającej mierze poświęciliśmy go Tej, którą obraliśmy za Patronkę – Matce Najświętszej. To Ona jest naszą Przewodniczką pewną do Nieba.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Świadectwo Pana Pawła

Pan Paweł wspiera Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi już od 20 lat, a w czerwcu wziął udział w pielgrzymce Apostołów Fatimy do portugalskiego sanktuarium. Pochodzi z Mazowsza, z parafii pod wezwaniem świętego Bartłomieja Apostoła w Paprotni. Tam przyjął sakrament chrztu i bierzmowania oraz przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej.

 

– Wiarę zachowałem po rodzicach i staram się ją kontynuować – opowiada pan Paweł. – Różaniec i modlitwę „Anioł Pański” odmawiam sam albo z Katolickim Radiem Podlasia z Siedlec. Staram się też, jeśli możliwości pozwolą, odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego i dzięki TV Trwam uczestniczyć w apelach jasnogórskich. W niedzielę i inne święta biorę udział w uroczystościach kościelnych, takich jak np. nabożeństwa fatimskie. Jak pogoda jest niesprzyjająca, taka jesienno-zimowa, to korzystam z uprzejmości znajomych i sąsiadów, żeby dojechać do kościoła autem.

– Staram się wspierać parafię w pracach gospodarczych, jeśli chodzi o utrzymanie terenów zielonych wokół świątyni. Jakieś pojęcie na ten temat mam, bo parę ładnych lat zajmowałem się pielęgnacją zieleni przy urzędzie gminy jako pracownik gospodarczy.

– Radzę sobie lepiej lub gorzej, ale odnoszę wrażenie, że osoby w wieku seniorskim, tak jak moja skromna osoba, nie zawsze są jeszcze komuś potrzebne, bo teraz liczy się młody, sprytny, no i trochę zamożny. Takie teraz mamy czasy, że raczej każdy chce utrzymywać kontakty z takimi osobami, a pokolenie starszych ludzi nie każdemu już pasuje.

 

20 lat w Apostolacie Fatimy


– O Stowarzyszeniu Ks. Piotra Skargi dowiedziałem się ponad 20 lat temu, przeglądając prasę katolicką. Zainteresowałem się i tak jakoś ta wymiana korespondencji między Stowarzyszeniem a mną trwa. Oczywiście, za wszystkie przesłane czasopisma, jak np. „Przymierze z Maryją” i dewocjonalia związane z Państwa działalnością, dziękuję bardzo.

– Czasami zaglądam na strony internetowe Stowarzyszenia i przeglądam, co tam akurat jest z aktualnych wiadomości. To, co Państwo robicie, na pewno jest potrzebne. Ja ze swojej strony nadal postaram się wspierać Stowarzyszenie i Apostolat Fatimy, tak jak do tej pory. Nie jest to może bardzo duża ofiara, ale „ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka”, jak mówi przysłowie.

– Zaniepokoiła mnie informacja zawarta w ostatnim numerze „Przymierza z Maryją”, że nakład pisma spada. Uważam, że gdyby każdy wygospodarował te 15–20 zł, to sytuacja byłaby zdecydowanie lepsza i bez problemu można byłoby pokryć koszty wydania i wysyłki „Przymierza…”.

 

Pielgrzymka do Fatimy


– Jestem bardzo zadowolony z wyjazdu z Apostolatem do Fatimy. To był mój pierwszy wyjazd w tak bardzo sławne miejsce. Wszystkie miejscowości, które zwiedzaliśmy, były zabytkowe i bardzo ciekawe, a świątynie i katedry monumentalne. Wszystkie miejsca robią ogromne wrażenie, a obiekty sakralne są jakby dwa razy większe od naszych. Trzeba wyrazić uznanie dla budowniczych, którzy te obiekty wznosili.

– Taki wyjazd to są dosyć poważne koszty, nie tylko jednostkowe, ale dla całej grupy. Byłem w grupie osób, które objęła taka życzliwa pomoc ze strony Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi. Serdeczne „Bóg zapłać” za to, że miałem taką możliwość. Przypuszczam, że wszyscy są, tak jak ja, zadowoleni. Muszę pochwalić i wyrazić słowa wdzięczności dla organizatorów, bo wszystko było bardzo dobrze przygotowane.


oprac. Janusz Komenda


Listy od Przyjaciół
 
Listy

Szanowni Państwo!

Jesteście wspaniali! Wasze wydawnictwa oraz gazetki, broszury i ulotki wzmacniają naszą duchowość i informują o wielu faktach oraz miejscach objawień Maryjnych. Artykuły czytam z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę bardzo cenię informacje o Jezusie i Maryi, które w nieskończoność otwierają serca. Pamiętamy w modlitwie o Waszej pracy. Pozdrawiam gorąco Pana Prezesa i cały zespół redakcyjny!

Anna ze Zgierza

 

 

Szczęść Boże!

Kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniała. Popieram ją i bardzo się cieszę, że jesteście i stoicie na straży wiary. Musimy dziękować i wspierać naszą Królową za Jej miłość do naszego Narodu.

Zbigniew z Katowic

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowny Panie Prezesie, dziękuję bardzo serdecznie za przesłane mi pozdrowienia urodzinowe. Ucieszyłam się z bardzo ładnej kartki. Jestem dumna z działalności apostolskiej, jaką Państwo prowadzą. Podobają mi się bardzo czasopisma „Przymierze z Maryją” i „Apostoł Fatimy”. Cieszę się z tego, że mogę w nich znaleźć wiele bardzo ciekawych artykułów poruszających interesujące mnie tematy. Cieszę się z tego, że wiele osób może korzystać z tych czasopism. Pragnęłabym bardzo, aby wielu Polaków mogło zapoznać się z tymi ciekawymi gazetami.

Bardzo serdecznie dziękuję za otrzymane ostatnio „Przymierze z Maryją” i „Apostoła Fatimy”. Znalazłam w tych numerach wiele interesujących mnie zagadnień. Cieszę się z tego, że te czasopisma mogą trafić do wielu rodzin w Polsce. Pragnęłabym dalej otrzymywać te pisma.

Pozdrawiam Maryję Naszą Królową. Życzę Panu i współpracownikom dużo zdrowia i wielu łask Bożych w Jezusie i Maryi.

Wdzięczna Czytelniczka

Krystyna z Pruszkowa

 

 

Szczęść Boże!

Bardzo dziękuję za przysyłanie mi „Przymierza z Maryją”. Jest to pismo, które bardzo sobie cenię i szanuję. Redagujecie ciekawe artykuły. Zawsze czekam na nowe numery i pragnę poinformować, że zawsze będę Was wspierać. Niech Pan Bóg nas prowadzi!

Barbara

 

 

Szanowny Panie Prezesie!

Bardzo dziękuję Panu za życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego oraz fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły i ducha wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla naszej duchowości chrześcijańskiej. Dziękuję bardzo za wszystkie dewocjonalia, materiały, które od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi otrzymałam – są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę całej Redakcji i Panu Prezesowi obfitych łask Bożych. Szczęść Wam Boże na długie lata!

Danuta z Krakowa

 

 

Szanowni Państwo!

Dziękuję za wszystkie numery „Przymierza…”, bo to ciekawe czasopismo. Warto je prenumerować. Dużo opisujecie i dużo się dowiadujemy, co się dzieje teraz i kiedyś – jak to było na świecie dawno temu, w tamtych wiekach. Życzę Wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują zniszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg! Pozdrawiam Was serdecznie,

Maria

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziękuję z całego serca za cudowne „Przymierze z Maryją”. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję to pismo. Jest tam dużo pięknych, cudownych tekstów o Maryi i Jezusie Chrystusie, a także dużo o wierze katolickiej i o naszej kulturze. Są tam piękne tematy i bardzo dobre dla naszego życia wiadomości. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję „Przymierze z Maryją”. Dziękuję, modlę się za cały Apostolat Fatimy i za Pana Prezesa.

Janina z Włocławka

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Panie Sławomirze, w liście zadał mi Pan pytanie, czy jestem dumna z otrzymywanego pisma „Przymierze z Maryją”. Jestem dumna! A dlaczego? Bo jest to pismo jedyne w swoim rodzaju. To ogromna wiedza. Każdy artykuł bogaty w wydarzenia, emanuje częścią historii o naszej wierze katolickiej. Bardzo dużo przeczytałam dobrych książek (bo lubię czytać), ale pismo „Przymierze z Maryją” stawiam na pierwszym miejscu, bo porusza serce, ubogaca duszę i umysł. O wielu sprawach opisanych w artykułach wcześniej nie miałam wiedzy. Ale teraz mając 86 lat jestem poniekąd uczennicą „Przymierza z Maryją”. Mówi się, że człowiek uczy się do końca życia, prawda? Bóg zapłać za tę wiedzę. Z szacunkiem chylę czoło przed wszystkimi osobami za pracę i trud w tworzeniu pisma. A Matka Boża, nasza Królowa, niech Was błogosławi. Przy okazji „Bóg zapłać” za wszystko co dostaję od Stowarzyszenia Księdza Piotra Skargi: za życzenia urodzinowe, za listy Pana Sławomira i wszystkie pamiątki, a szczególnie za koronę Matki Bożej Fatimskiej. Jak stawałam przed Fatimską Panią, mówiłam w duchu: „Jesteś taka skromniutka, skromniutka bez korony”… A teraz moja Dostojna Pani ma koronę! Serdecznie dziękuję, bardzo się cieszę.

A jeszcze kilka słów o mnie… Jestem schorowaną osobą, chodzę o lasce. Nie mam już nawet siły iść sama do kościoła – to około 1 kilometra, ale mój sąsiad zawozi mnie co niedzielę na Mszę. Mam też problemy ze słuchem. Aparat słuchowy nie wszędzie zdaje egzamin, szczególnie w kościele, jak kapłan mówi dalej od mikrofonu, to robi się pogłos, ale jakoś daję sobie radę. Nie narzekam, bo mam dużą rodzinę i opiekuje się mną córka. Praktycznie przejęła wszystkie moje obowiązki. Przepraszam, że nie nadążam za waszymi propozycjami, ale w miarę możliwości będę wspomagać Stowarzyszenie. Życzę Wam wszystkim zdrowia i błogosławieństwa.

Z Panem Bogiem!

Genowefa