
Podobnie jak inne kraje chrześcijańskie, Polska ma swoich patronów. W 2002 roku papież Jan Paweł II dołączył do tego grona św. Andrzeja Bobolę (1591–1657). Jednak wielu naszych rodaków wciąż nie wie nic o tym potężnym orędowniku. Również rozwój kultu świętego Andrzeja wydaje się nietypowy – Bobola sam dopomina się o to w objawieniach i jakby wszystkim kieruje. Jaka będzie jego rola w przyszłości Polski? Czy w ogóle udało nam się odczytać misję, jaką otrzymał od Boga Niezwyciężony Bohater Chrystusowy?
W Strachocinie koło Sanoka jest słoneczny wrześniowy dzień. W progu miejscowej plebani przy Sanktuarium św. Andrzeja Boboli serdecznie wita mnie ksiądz prałat Józef Niżnik – proboszcz i kustosz sanktuarium, a także kapłan, który… osobiście rozmawiał ze świętym Andrzejem Bobolą! Jako wielki krzewiciel kultu św. Andrzeja chętnie zgodził się, by opowiedzieć Czytelnikom „Przymierza z Maryją” o tym wielkim Patronie Polski oraz swoich własnych przeżyciach i przemyśleniach z nim związanych.
Od razu idziemy obejrzeć teren sanktuarium, a ksiądz Józef zaczyna opowieść. Od czasu do czasu przystaje – wtedy, gdy chce podkreślić coś szczególnie ważnego. Mam wrażenie, że gdy mówi o dokonaniach i nadprzyrodzonych interwencjach św. Andrzeja, w jego słowach brzmi jakieś ciepło i pewna duma – tak jak wtedy, gdy opowiada się komuś o sukcesach naprawdę dobrego przyjaciela.
Zacznijcie mnie czcić!
W 1938 roku przywieziono do Polski trumnę z ciałem Andrzeja Boboli. Mniej więcej w tym czasie kolejnym proboszczom w Strachocinie zaczął objawiać się duch jakiegoś księdza. Nic złego nikomu nie robił, ale przecież w każdym normalnym człowieku takie przeżycie musi wzbudzać ogromną trwogę. Dlatego mówiono, że na plebani w Strachocinie straszy. Nie pomagały Msze Święte i modlitwy – tajemniczy kapłan nadal przychodził. Tego właśnie doświadczył ks. Józef Niżnik – oddajmy mu głos: – Jako młody ksiądz przyjechałem w 1983 roku do parafii na zastępstwo za chorego proboszcza. Po kilku dniach – 12 września – po raz pierwszy ten kapłan przyszedł do mnie i pojawiał się prawie przez cztery lata. Aż wreszcie 16 maja 1987 przyszła odwaga i zadałem mu pytanie: kim jesteś i czego chcesz? Na to odpowiedział: „Jestem święty Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie”. I od tego czasu przestał przychodzić. Zwróćmy uwagę, że 16 maja to nieprzypadkowa data – to właśnie dzień męczeństwa św. Andrzeja.
Ksiądz Niżnik postanowił wyjaśnić sprawę. Udał się do biskupa ordynariusza, Ignacego Tokarczuka, a ten wysłał go do ojców jezuitów, żeby ocenili całą sprawę. Okazało się, że już w 1936 roku ks. Jan Poplatek, jezuita odnotował, że Andrzej Bobola urodził się w Strachocinie.
Pochodzenie
Niestety, św. Andrzej w żadnym ze znanych dokumentów nie wskazał, gdzie się urodził. W podaniu o przyjęcie do zakonu jezuitów podpisał się „Andrzej Bobola Małopolanin”. Ks. Poplatek oparł swoje twierdzenie o pochodzeniu św. Andrzeja ze Strachociny na dokumentach mówiących o tym, że Strachocina była własnością rodziców św. Andrzeja i tam mieszkali. 33 lata po narodzinach Andrzeja musieli wyjechać z tej miejscowości z powodu najazdu Tatarów, którzy w 1624 roku całkowicie zniszczyli wioskę.
Gdy powoli zbliżamy się do pobliskiego wzgórza – Bobolówki, ksiądz Józef tłumaczy, że ten teren był własnością rodziny Bobolów. Tu znajdował się dwór, w którym mieszkali. Ksiądz kustosz podkreśla także, że była to słynna, bardzo katolicka i patriotyczna rodzina, niezwykle oddana czci dla Matki Bożej i przelewająca krew za ojczyznę: Znamienne, że jeden z Bobolów zginął walcząc pod Moskwą, a ostatni właściciel Bobolówki oddał życie pod Wiedniem. Po drugiej wojnie światowej teren upaństwowiono, a pod koniec ubiegłego wieku stał się własnością parafii – obecnie szybko nabiera on charakteru sakralnego.
Wróćmy jednak do św. Andrzeja…
Formacja
Pewne jest to, że młody Andrzej wyjechał na naukę do Braniewa. Tutaj wstąpił do Sodalicji Mariańskiej – stowarzyszenia założonego przez jezuitów ku czci Najświętszej Maryi Panny. Jako jej członek poświęcał się pracy charytatywnej dla najbardziej pokrzywdzonych przez los. W tym czasie bardzo silnie związał się z Matką Bożą, wypowiadając słowa Aktu oddania się Maryi. Wspaniałych skutków tej decyzji doświadczamy do dziś. Zaczął też zastanawiać się, jaka jest wobec niego wola Boża. Dużo się modlił i w końcu odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego.
W 1611 roku wstąpił do jezuitów w Wilnie. Mimo swojego wielkiego zaangażowania nie został dopuszczony do egzaminów i wydalono go z zakonu – winny był pewnie jego porywczy charakter. Andrzej przyjął to jednak jako lekcję pokory i podjął pracę nad sobą. Spędzał długie godziny na nocnych adoracjach Najświętszego Sakramentu – to przemieniło jego charakter, ale i bardzo zbliżyło do Boga. W końcu spełniło się jego marzenie i został kapłanem.
Łowca dusz
Andrzej Bobola od początku dał się poznać jako wybitny kaznodzieja. Pracował na wielu placówkach. Jego duszpasterstwo zawsze wyróżniało się tym, że Andrzej poświęcał się głoszeniu Chrystusa ludności z okolicznych wiosek. Zdawał sobie sprawę, że najlepszą okazją do nauczania prawd wiary jest osobisty kontakt z ludźmi. Dlatego na terenie pińszczyzny znany był jako wędrowny kaznodzieja. Dzięki niemu wielu ludzi miało jedyną okazję wysłuchania Słowa Bożego. Słuchaczy przekonywała jego żarliwość, wielu z nich przyciągnął do Boga. Nawracały się nawet całe wioski. Nazywano go duszochwatem, czyli łowcą dusz. Swoją postawą zdobył sobie nawet szacunek wielu prawosławnych.
Innych te sukcesy jednak drażniły. Jego przełożeni zdawali sobie sprawę, że z tego powodu może grozić mu niebezpieczeństwo. Być może dlatego często przenosili go na różne placówki. Ksiądz Niżnik w taki sposób patrzy na tę sprawę: Bobola wyprzedził swoją epokę. Umiał patrzeć na człowieka jako na dziecko Boże. To, co ludzie nazywali z wyrzutem jako „nawracanie z prawosławia”, to była po prostu ewangelizacja, a ludzie widząc jego autentyzm przechodzili na katolicyzm.
W swojej posłudze o. Andrzej zawsze pamiętał o Matce Bożej, której był wiernym czcicielem – to właśnie on był autorem Ślubów Lwowskich, które w obliczu zagrożenia ojczyzny podczas potopu szwedzkiego złożył król Jan Kazimierz.
Postawa Andrzeja Boboli tak zainspirowała papieża Piusa XII, że w 300. rocznicę jego śmierci, 16 maja 1957 roku, opublikował encyklikę Invicti Athletæ Christi – Niezwyciężony bohater Chrystusowy.
Pius XII uznał, że taki przykład czystości i niezłomności wiary katolickiej ma szczególne znaczenie we współczesnym świecie i zalecił duchowieństwu i świeckim mężnie – na wzór św. Andrzeja Boboli – głosić wartości chrześcijańskie i bronić Kościoła i katolicyzmu przed atakami, nawet za cenę cierpienia i śmierci.
Męczeńska śmierć: Jestem katolickim kapłanem
Śmierć św. Andrzeja nastąpiła w bardzo niespokojnych czasach – przedstawionych w Ogniem i mieczem Sienkiewicza. Męczeństwo było jedną z konsekwencji powstania Bohdana Chmielnickiego. We wsi Mohilno Bobola dostał się w ręce Kozaków, którzy 16 maja 1657 wpadli do Janowa Poleskiego z zamiarem mordowania Polaków. Kozacy traktowali go jako wroga politycznego z powodu nawracania ruskiej ludności prawosławnej na katolicyzm.
Męczeństwo św. Andrzeja w Janowie Poleskim było jednym z najstraszliwszych w historii Kościoła. Rodzaje tortur można odczytać z integralnie zachowanych do dzisiaj relikwii Świętego.
Bity po całym ciele, przywiązany został następnie do konia, a później wleczony aż do Janowa, gdzie czekała go ostatnia katusza. Zapytany na koniec, czy jest łacińskim księdzem, odparł: Jestem katolickim kapłanem. W tej wierze się urodziłem i w niej też chcę umrzeć. Wiara moja jest prawdziwa i do zbawienia prowadzi. Wy powinniście żałować i pokutę czynić, bo bez tego w waszych błędach zbawienia nie dostąpicie. Przyjmując moją wiarę, poznacie prawdziwego Boga i wybawicie dusze swoje.
Te słowa wprawiły oprawców w taką wściekłość, że jak pisał Pius XII: Powtórnie obity biczami, na wzór Chrystusa uwieńczony został dotkliwym spowiciem głowy, policzkami straszliwie sponiewierany i zakrzywioną szablą zraniony upadł. Niebawem wyrwano mu prawe oko, w różnych miejscach zdarto mu skórę, okrutnie przypiekając rany ogniem i nacierając je szorstką plecionką. I na tym nie koniec: obcięto mu uszy, nos i wargi, a język wyrwano przez otwór zrobiony w karku, ostrym szydłem ugodzono go w serce. Aż nareszcie niezłomny bohater około godziny trzeciej po południu, dobity cięciem miecza, doszedł do palmy męczeńskiej, zostawiając wspaniały obraz chrześcijańskiego męstwa.
A stało się to 16 maja, w święto Wniebowstąpienia Pańskiego.
W tych czasach okrutnych mordów było tak dużo, że kilkadziesiąt lat po jego śmierci mało kto już o nim pamiętał, a miejsce pochowania ciała było nieznane.
Będę patronem Polski!
Dzieje kultu św. Andrzeja Boboli pokazują, że jemu samemu na tym zależało. Ks. Józef zwraca uwagę, że jest bardzo charakterystyczne, iż Andrzej Bobola pojawia się wtedy, gdy Polska jest w niebezpieczeństwie. Objawia się jako ten, który chciałby Polsce pomagać. Bobola wyznacza dzieło, które trzeba robić, a on będzie pomagał.
Miały miejsce trzy objawienia świętego Andrzeja. Oprócz opisanych już wydarzeń w Strachocinie, doszło do nich także w Pińsku w 1702 roku i w Wilnie w 1819 roku.
Pińskowi, gdzie znajdowało się Kolegium Ojców Jezuitów, groziło zniszczenie przez Szwedów. Rektor Kolegium, o. Marcin Godebski szukał pomocy w modlitwie. Wtedy 16 maja 1702 roku w jego celi pojawił się zakonnik, który powiedział: Jestem wasz współbrat Andrzej Bobola, męczennik. Jeśli odnajdziecie moją trumnę i oddzielicie od innych, ja was uratuję przed Szwedami. Trumnę odnaleziono w podziemiach kościoła z zachowanym od rozkładu ciałem. Uczyniono to, co powiedział, a Szwedzi rzeczywiście nie weszli do miasta. To objawienie odbiło się szerokim echem i przyczyniło się do beatyfikacji Andrzeja Boboli.
Z kolei ponad stulecie później w Wilnie objawił się o. Alojzemu Korzeniewskiemu, dominikaninowi, który nie mógł pogodzić się z utratą niepodległości przez Polskę. Głosząc kazania, budził ducha patriotycznego. Gdy dowiedzieli się o tym Rosjanie, zagrozili zamknięciem klasztoru i wyrzuceniem zakonników z miasta. Alojzy mógł odtąd poruszać się tylko po klasztorze i nie wolno mu było kontaktować się z ludźmi. Pewnego wieczoru, przed udaniem się na spoczynek, o. Alojzy modlił się, pytając Pana Boga czy i kiedy Polska odzyska niepodległość. Wtedy ukazał mu się kapłan, mówiąc: Jestem Andrzej Bobola, jezuita. Po czym polecił mu otworzyć okno. Korzeniewski zobaczył rozległą równinę, która była pokryta walczącymi wojskami wielu narodów. Andrzej Bobola przekazał mu trzy proroctwa dotyczące Polski:
Dwa proroctwa się spełniły, trzecie – dotyczące jego głównego patronatu nad Polską – jeszcze nie.
Kiedy latem 1920 roku armia bolszewicka ruszyła na Warszawę, obradujący w Częstochowie polscy biskupi wystosowali do Watykanu prośbę o kanonizację bł. Andrzeja, dając wyraz przekonaniu, że jego opieka uchroni Polskę od zagłady. Między 6 a 15 sierpnia na terenie archidiecezji warszawskiej odprawiono nowennę. 8 sierpnia, podczas stołecznej procesji, przy udziale 100 tysięcy osób oraz wtórze dział walczących tuż pod Warszawą wojsk, niesiono relikwie bł. Andrzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa.
15 sierpnia – w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, a zarazem w ostatnim dniu nowenny do bł. Andrzeja – Polacy odnieśli wielkie zwycięstwo nad Armią Czerwoną, a wydarzenie to przeszło do historii jako Cud nad Wisłą. Polskę i Europę uratowała wówczas Matka Boża. Podczas bitwy na przedpolach Warszawy Maryja objawiła się walczącym bolszewickim żołnierzom, którzy widząc na niebie Niepokalaną Dziewicę, w przerażeniu uciekli z pola boju. Nie można jednak zapominać, że Cud nad Wisłą wyprosił u Boga także św. Andrzej Bobola. Po tym niezwykłym wydarzeniu rozpoczęto starania o jego kanonizację.
Warto dodać, że około 1936 roku św. Siostra Faustyna Kowalska doznała objawienia: W pewnej chwili ujrzałam stolicę Baranka Bożego i przed tronem trzech świętych: Stanisława Kostkę, Andrzeja Bobolę i Kazimierza królewicza, którzy się wstawiali za Polskę (Dz. 689). Wizja ta miała miejsce dwa lata przed kanonizacją Boboli.
Uroczystej kanonizacji św. Andrzeja Boboli dokonał w Rzymie papież Pius XI 17 kwietnia 1938 r. Rozpoczął się wówczas triumfalny powrót relikwii Męczennika z Rzymu do Polski, a jego ciało ostatecznie spoczęło w Sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie.
Sanktuarium w Strachocinie
Po tym, jak, Jezuici przekazali do Strachociny relikwie św. Andrzeja, szybko rozwinął się tam jego kult. Jak mówi ks. Józef: Wystarczyło 19 lat, aby św. Andrzej przekonał do siebie Kościół. W krótkim czasie tylu ludzi sobie wyprosiło tutaj łaski, że ks. abp Józef Michalik podniósł strachociński kościół do rangi sanktuarium.
Ks. Niżnik wyjaśnia, że słowa Zacznijcie mnie czcić św. Andrzej wypowiedział w Strachocinie, ale były skierowane do wszystkich Polaków. Mówi, że dopiero z perspektywy lat można zrozumieć pewne fakty – jak wszystko było prowadzone rękę Świętego. Jak inaczej wytłumaczyć decyzję o założeniu w Strachocinie klasztoru franciszkanek?
Żeński Niepokalanów, to zgromadzenie zakonne założone w Japonii. Klasztor w Strachocinie jest pierwszym w Polsce i w Europie. Za dzień jego powstania należy uznać 17 września 1988 r., kiedy to śluby zakonne złożyły pierwsze polskie franciszkanki, Rycerki Niepokalanej. Tego samego dnia poświęcono i wmurowano kamień węgielny pod klasztor zgromadzenia. Obecnie w Strachocinie posługuje 18 sióstr.
Ksiądz kustosz przyznaje: Wiem jedno, gdyby nie było tu sióstr, nie byłoby tak dynamicznie rozwijającego się kultu św. Andrzeja Boboli. Żeby mógł on się rozwijać, musi być baza. To znaczy muszą być ludzie, którzy zajmą się pielgrzymami, którzy będą pomagać przy organizacji różnych uroczystości. Postrzegam to z perspektywy lat jako wielką łaskę.
W sanktuarium kult św. Andrzeja jest bardzo żywy. Każdego 16 dnia miesiąca odbywa się specjalne nabożeństwo – wtedy odczytuje się indywidualne intencje, których bywa i po kilkaset. Ksiądz Niżnik mówi, że św. Andrzej po prostu działa – tak jak to obiecał – czego dowodem jest wielka liczba świadectw wyproszonych za jego pośrednictwem łask.
Miejmy tylko nadzieję, że kiedyś nabożeństwa do tego potężnego patrona Polski będą odprawiane w całym naszym kraju. Wypada również napisać, że sanktuarium w Strachocinie – pięknie położone wśród malowniczych karpackich pagórków – warto odwiedzić chociaż raz w życiu.
Święty na trudne czasy
Bez wątpienia Andrzej Bobola to wyjątkowy święty w historii naszego narodu. Ks. Niżnik uważa jednak, że nie jest on do końca odczytany: Myślę, że diabeł robi wszystko, żeby Polacy nie rozeznali do końca, kim jest święty Andrzej Bobola. Trudno zrozumieć, dlaczego jest tak pomijany, niedoceniany, mimo że o jego obecność w katalogu świętych zadbał sam Pan Bóg, by gdyby nie objawiał się po śmierci, to nigdy by go nie doceniono. Zwracam na to uwagę jako wieloletni czciciel Andrzeja: trzeba go mierzyć inną miarą niż innych świętych, dlatego że innych świętych to ludzie tworzą, Kościół tworzy – w tym znaczeniu, że ludzie dostrzegają w nich jakieś walory świętości i chcą to upamiętnić. Mamy przykład z Janem Pawłem II, Matką Teresą z Kalkuty.
Modląc się do św. Andrzeja zrozumiałem, dzięki niemu, że jest „głównym patronem Ojczyzny”. Tą godnością obdarzył go sam Bóg i zlecił opiekę nad polskim narodem. Kiedy to mi przekazał, dostarczono mi książkę z objawieniami Fulli Horak, mistyczki z XX wieku. I tam natrafiam na opis jej spotkania ze św. Andrzejem 3 maja 1938 roku. Ten opis zapiera mi dech – na pytanie: „czy będziesz Patronem Polski?”, on jej odpowiada: „Już nim jestem”. W tym czasie nie było żadnych nominacji papieskich o jego patronowaniu, a on jej mówi: „już nim jestem!”
Znak prorocki dla Ojczyzny
Warto dodać, że do wspomnianej mistyczki św. Andrzej powiedział także: Będę wam pomagał… Ludzie nie dość gorąco i nie tak jak trzeba zwracają się do mnie. Mogę być bardzo pomocny w zażegnywaniu wielkich katastrof. Mogę nieść ulgę w cierpieniu… Powiedz ludziom, że grożą im straszne rzeczy za to, że zaniedbują sprawy wewnętrznego życia. Możesz mnie zawsze prosić, a wysłucham cię.
Jan Paweł II nazwał św. Andrzeja „znakiem prorockim dla Ojczyzny” – czyli że powinniśmy się wpatrzyć w św. Andrzeja, żeby coś zrozumieć, czegoś się nauczyć.
Na koniec oddajmy raz jeszcze głos księdzu kustoszowi. – Wydaje się, że kiedy został on patronem Polski w 2002 roku, to po to, aby Polacy zobaczyli, że III tysiąclecie chrześcijaństwa nie będzie takie łatwe i trzeba będzie być takim jak Andrzej Bobola. Jan Paweł II postawił go nam za wzór do naśladowania, żebyśmy umieli trwać w katolickiej wierze, bronić jej i nie lękać się tych, którzy ją zwalczają. I drugie – trzeba być wiernym Polsce, ojczyźnie, bo to się jakby zazębia u Andrzeja Boboli. Bobola został nam dany, żeby ocalić tę resztę, która jest wierząca. Ma nas przeprowadzić przez trudne „dziś”. Jeśli będziemy umieli choć trochę naśladować Andrzeja Bobolę, to nie musimy się martwić o przyszłość Polski.
No właśnie, czy będziemy umieli naśladować św. Andrzeja?
Paweł Kot
W tym numerze „Przymierza z Maryją” postanowiliśmy podjąć tematykę edukacji młodych pokoleń Polaków. Pokładamy nadzieję w chrześcijańskim, czy też ściślej – katolickim kształceniu i wychowaniu. Pamiętamy bowiem, że katolicyzm jest nie tylko doktryną, dogmatem czy też zbiorem modlitw i obrzędów, lecz nade wszystko żywą relacją z Bogiem i powinien oddziaływać na całe państwo i całe społeczeństwo.
Pomiędzy 25 a 29 maja wraz z grupą Apostołów Fatimy pielgrzymowaliśmy do miejsca, w którym 109 lat temu trojgu portugalskim pastuszkom ukazywała się Matka Boża, niosąc światu przesłanie pokuty i nadziei.
Fatima, choć jest odwiedzana przez bardzo licznych wiernych oraz turystów, zdołała jednak zachować atmosferę ciszy. Wyjąwszy największe uroczystości gromadzące wielotysięczne rzesze uczestników, można tam zarówno modlić się, jak i słuchać w skupieniu. Każdego dnia chętnie korzystaliśmy z tej możliwości tym bardziej, że nasz hotel położony był w bezpośredniej bliskości bazyliki oraz miejsca Maryjnych objawień.
Codziennie uczestniczyliśmy też w tradycyjnych nabożeństwach i procesjach na olbrzymim placu przed sanktuarium. W trakcie trzeciego wieczoru przedstawiciele naszej grupy mieli zaszczytną okazję prowadzić fragment modlitwy. W pamięci uczestników pozostanie z pewnością atmosfera towarzysząca tym różańcowym spotkaniom. Wypowiadane przez setki pielgrzymów w różnych językach wezwania Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… podkreślały zarówno jedność jak i różnorodność Kościoła. Z drugiej strony jednak – zamiast harmonii rodziły szum, utrudniając modlitewne skupienie. Może gospodarze tego cudownego miejsca zechcą kiedyś „odkryć” na nowo łacinę?
Niespokojny duch współczesności daje też w Fatimie znać o sobie w sposób widoczny gołym okiem. Niby w trosce o prostotę i skromność stara się on jak może zasłonić sanktuarium, wznosząc wokół betonowe bryły, z których niektóre nawet zostały poświęcone jako miejsca katolickiego kultu. Tylko co wspólnego z żywą, autentyczną wiarą mogą mieć płaskie, szare bunkry albo kaplice, w których Tabernakulum przypomina bardziej skrzynkę na narzędzia? Albo co powiedzieć o ustawionym tuż przy nowej bazylice wielkim krzyżu, na którym zamiast Chrystusa umieszczono dziwaczną postać jakby wyjętą ze starożytnych hieroglifów? W kulturowym kontekście naszych czasów to raczej karykatura niż godny wizerunek Zbawiciela…
Zatem nawet w bezpośrednim otoczeniu sanktuarium naocznie przekonaliśmy się, że wewnątrz Kościoła toczy się ogromna walka o kształt katolicyzmu i o serca wierzących. Do czego to zmaganie może prowadzić, widzieliśmy w urokliwym, niewielkim mieście Obidos, gdzie w miejscu dawnego kościoła działa dzisiaj… księgarnia.
Nasze pielgrzymkowe wyprawy, których celem były wspaniałe klasztory w miasteczku Alcobaça czy w Batalhi, przeniosły nas do czasów, gdy świątynie bez wątpienia wznoszono na chwałę Bożą, na przykład – w podzięce za Opatrznościową pomoc w wygranej bitwie o niepodległość kraju. Zachwyt budziła potężna, a zarazem misterna architektura tych monumentalnych dzieł, wspaniałe zdobienia, dbałość ich twórców o detale, połączenie talentów z wytrwałością i pracowitością budowniczych.
Podążyliśmy też śladami fatimskich wizjonerów – Łucji dos Santos oraz świętych Hiacynty i Franciszka Marto. Modliliśmy się przy ich grobach. Odprawiliśmy Drogę Krzyżową w ich rodzinnych stronach, odwiedziliśmy domy, w których żyli.
W miejscu objawień Matki Bożej zapaliliśmy świece przywiezione wraz z intencjami powierzonymi nam przez Darczyńców w ramach akcji „Twoje światło w Fatimie”.
Podczas tej kilkudniowej wyprawy na każdym kroku spotykaliśmy się z serdeczną otwartością Portugalczyków. Podziwialiśmy ich ludową sztukę i zwyczaje. Mimo że nasze kraje są od siebie bardzo oddalone, w żaden sposób nie czuliśmy się obco. Sprawiła to oczywiście sama Matka Boża, ale też kulturowa bliskość biorąca swój początek w naszej wspólnej wierze. Podczas wyjazdów do historycznych miejsc, które znalazły się na trasie naszej pielgrzymki, mieliśmy okazję przekonać się, że Maryja swoją opieką otacza nie tylko nasz naród, lecz wszystkie nacje, które się Jej ufnie oddają, a także każdą osobę, która zawierza Jej siebie oraz swych bliskich.
Dzieje Portugalii to również historia wierności Bogu i odstępstw, także w życiu władców. Trudne momenty w wymiarze tak osobistym, jak i zbiorowym, przypominają o konieczności ciągłego zabiegania o własną duszę i o łaskę Opatrzności. Wierność przynosi pomyślność – przynajmniej w życiu duchowym. Odstępstwo owocuje nieszczęściem i śmiercią. Te uniwersalne prawdy przychodziły na myśl, gdy słuchaliśmy opowieści przewodników o portugalskich monarchach i wodzach, zwycięskich bitwach i nieszczęśliwych losach grzesznych kochanków.
Byli tym razem pośród Apostołów Fatimy reprezentanci każdego spośród żyjących pokoleń. Najmłodszy uczestnik liczył sobie 13 lat, zaś senior, pan Zdzisław – już 94. – Całe życie marzyłem, by tu przyjechać – przyznał w rozmowie.
Nasza pielgrzymka nie byłaby tak bogata w duchową treść bez obecności duszpasterza – księdza Krzysztofa. Oprócz zapewnienia nam możliwości codziennego wysłuchania Mszy Świętej, dawał on wyrazy swej niezwykłej czci dla Matki Bożej śpiewem Godzinek i pięknych pieśni.
Każdy z nas przywiózł Matce Bożej bagaż własnych intencji, od tych najbardziej osobistych po zbiorowe – dotyczące Kościoła i Ojczyzny. Każdy też otrzymał w duchowym wymiarze to, czego najbardziej potrzebował. To doświadczenie znają wszyscy pielgrzymujący ze szczerą intencją w miejsca szczególnie wybrane przez Pana Boga i przez Maryję.
Wśród tych niezwykłych miejsc jest też Fatima, niosąca do Nieba już od ponad wieku nieprzerwany strumień ludzkiej modlitwy.
Szanowni Państwo!
Jesteście wspaniali! Wasze wydawnictwa oraz gazetki, broszury i ulotki wzmacniają naszą duchowość i informują o wielu faktach oraz miejscach objawień Maryjnych. Artykuły czytam z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę bardzo cenię informacje o Jezusie i Maryi, które w nieskończoność otwierają serca. Pamiętamy w modlitwie o Waszej pracy. Pozdrawiam gorąco Pana Prezesa i cały zespół redakcyjny!
Anna ze Zgierza
Szczęść Boże!
Kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniała. Popieram ją i bardzo się cieszę, że jesteście i stoicie na straży wiary. Musimy dziękować i wspierać naszą Królową za Jej miłość do naszego Narodu.
Zbigniew z Katowic
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szanowny Panie Prezesie, dziękuję bardzo serdecznie za przesłane mi pozdrowienia urodzinowe. Ucieszyłam się z bardzo ładnej kartki. Jestem dumna z działalności apostolskiej, jaką Państwo prowadzą. Podobają mi się bardzo czasopisma „Przymierze z Maryją” i „Apostoł Fatimy”. Cieszę się z tego, że mogę w nich znaleźć wiele bardzo ciekawych artykułów poruszających interesujące mnie tematy. Cieszę się z tego, że wiele osób może korzystać z tych czasopism. Pragnęłabym bardzo, aby wielu Polaków mogło zapoznać się z tymi ciekawymi gazetami.
Bardzo serdecznie dziękuję za otrzymane ostatnio „Przymierze z Maryją” i „Apostoła Fatimy”. Znalazłam w tych numerach wiele interesujących mnie zagadnień. Cieszę się z tego, że te czasopisma mogą trafić do wielu rodzin w Polsce. Pragnęłabym dalej otrzymywać te pisma.
Pozdrawiam Maryję Naszą Królową. Życzę Panu i współpracownikom dużo zdrowia i wielu łask Bożych w Jezusie i Maryi.
Wdzięczna Czytelniczka
Krystyna z Pruszkowa
Szczęść Boże!
Bardzo dziękuję za przysyłanie mi „Przymierza z Maryją”. Jest to pismo, które bardzo sobie cenię i szanuję. Redagujecie ciekawe artykuły. Zawsze czekam na nowe numery i pragnę poinformować, że zawsze będę Was wspierać. Niech Pan Bóg nas prowadzi!
Barbara
Szanowny Panie Prezesie!
Bardzo dziękuję Panu za życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego oraz fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły i ducha wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla naszej duchowości chrześcijańskiej. Dziękuję bardzo za wszystkie dewocjonalia, materiały, które od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi otrzymałam – są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę całej Redakcji i Panu Prezesowi obfitych łask Bożych. Szczęść Wam Boże na długie lata!
Danuta z Krakowa
Szanowni Państwo!
Dziękuję za wszystkie numery „Przymierza…”, bo to ciekawe czasopismo. Warto je prenumerować. Dużo opisujecie i dużo się dowiadujemy, co się dzieje teraz i kiedyś – jak to było na świecie dawno temu, w tamtych wiekach. Życzę Wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują zniszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg! Pozdrawiam Was serdecznie,
Maria
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Dziękuję z całego serca za cudowne „Przymierze z Maryją”. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję to pismo. Jest tam dużo pięknych, cudownych tekstów o Maryi i Jezusie Chrystusie, a także dużo o wierze katolickiej i o naszej kulturze. Są tam piękne tematy i bardzo dobre dla naszego życia wiadomości. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję „Przymierze z Maryją”. Dziękuję, modlę się za cały Apostolat Fatimy i za Pana Prezesa.
Janina z Włocławka
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Panie Sławomirze, w liście zadał mi Pan pytanie, czy jestem dumna z otrzymywanego pisma „Przymierze z Maryją”. Jestem dumna! A dlaczego? Bo jest to pismo jedyne w swoim rodzaju. To ogromna wiedza. Każdy artykuł bogaty w wydarzenia, emanuje częścią historii o naszej wierze katolickiej. Bardzo dużo przeczytałam dobrych książek (bo lubię czytać), ale pismo „Przymierze z Maryją” stawiam na pierwszym miejscu, bo porusza serce, ubogaca duszę i umysł. O wielu sprawach opisanych w artykułach wcześniej nie miałam wiedzy. Ale teraz mając 86 lat jestem poniekąd uczennicą „Przymierza z Maryją”. Mówi się, że człowiek uczy się do końca życia, prawda? Bóg zapłać za tę wiedzę. Z szacunkiem chylę czoło przed wszystkimi osobami za pracę i trud w tworzeniu pisma. A Matka Boża, nasza Królowa, niech Was błogosławi. Przy okazji „Bóg zapłać” za wszystko co dostaję od Stowarzyszenia Księdza Piotra Skargi: za życzenia urodzinowe, za listy Pana Sławomira i wszystkie pamiątki, a szczególnie za koronę Matki Bożej Fatimskiej. Jak stawałam przed Fatimską Panią, mówiłam w duchu: „Jesteś taka skromniutka, skromniutka bez korony”… A teraz moja Dostojna Pani ma koronę! Serdecznie dziękuję, bardzo się cieszę.
A jeszcze kilka słów o mnie… Jestem schorowaną osobą, chodzę o lasce. Nie mam już nawet siły iść sama do kościoła – to około 1 kilometra, ale mój sąsiad zawozi mnie co niedzielę na Mszę. Mam też problemy ze słuchem. Aparat słuchowy nie wszędzie zdaje egzamin, szczególnie w kościele, jak kapłan mówi dalej od mikrofonu, to robi się pogłos, ale jakoś daję sobie radę. Nie narzekam, bo mam dużą rodzinę i opiekuje się mną córka. Praktycznie przejęła wszystkie moje obowiązki. Przepraszam, że nie nadążam za waszymi propozycjami, ale w miarę możliwości będę wspomagać Stowarzyszenie. Życzę Wam wszystkim zdrowia i błogosławieństwa.
Z Panem Bogiem!
Genowefa