
Choroby to jeden ze skutków grzechu pierwszych rodziców. Ludzkość zmaga się z nimi niemal od początku ziemskiej pielgrzymki. Czasem przybierają one rozmiar groźnych pandemii, dotykających całe społeczeństwa. Uwalnianie ludzi od dolegliwości fizycznych stanowiło ważną część działalności Pana Jezusa na tym świecie. Opieka duchowa i fizyczna nad chorymi zajmuje też poważne miejsce w życiu Kościoła.
Św. Cyprian, biskup Kartaginy, jeden z ojców Kościoła, uczy nas, jak chrześcijanin powinien patrzeć na groźbę śmierci podczas epidemii: A że z naszych (chrześcijan) wielu umiera w czasie tej zarazy – to oznacza tylko, że wielu z więzienia świata na wolność się wydostaje. Bo taka śmierć tylko dla Żydów i pogan, i wrogów Chrystusowych jest zarazą, ale dla prawdziwych sług Bożych jest szczęśliwą podróżą.
Niestety, ten ideał trudno osiągnąć w stopniu doskonałym, tak aby zejście z tego świata przyjmować jako rzecz pozytywną, możliwość szybkiego spotkania ze Zbawicielem. Stąd epidemie chorób śmiertelnych były dla ludzkości okresem wielkiej trwogi.
Czarna śmierć
Szczególnie wielkie spustoszenia spowodowała w Europie czarna śmierć, czyli dżuma (poł. XIV wieku). Przenikała tu z Azji szlakami kupieckimi, jednak jej marsz przyspieszyła wojna biologiczna, jaką chan tatarski Dżanibek wydał Genueńczykom. Podczas oblężenia należącej do tej kupieckiej republiki Kaffy ciała zmarłych na zarazę własnych żołnierzy rozkazał przerzucać przy pomocy katapult za mury twierdzy. Choć załoga Kaffy wytrwała, to jednak uciekający przed dżumą kupcy przewieźli jej bakterie do europejskich miast portowych. Z nich choroba rozszerzyła się na cały kontynent, zabijając około dwie trzecie populacji. W miarę obronną ręką z tego pogromu wyszły tylko ziemie polskie.
Ofiarne duchowieństwo
Zaraza była wielką próbą dla Kościoła. Choć wielu kapłanów paraliżował strach i starali się umknąć przed chorobą, to jednak duża część pełniła swoje obowiązki z wielkim poświęceniem. Świadczy o tym choćby bardzo wysoka śmiertelność wśród duchowieństwa. Na niektórych terenach przewyższała nawet średnią ofiar świeckich. Wygaśnięcie zarazy w 1453 roku niestety nie oznaczało, że znikła na zawsze. Wręcz przeciwne, do początku XVIII wieku była w Europie częstym gościem. Nie oszczędzała także ludności Rzeczypospolitej. Na szczęście nie powtórzyła się hekatomba ofiar czarnej śmierci.
Tak więc także kolejne pokolenia duchownych stawały przed próbą. Wspaniałym przykładem wytrwania w posłudze duszpasterskiej był św. Szymon z Lipnicy. Dżumę, która nawiedziła Kraków w lipcu 1482 roku, nazwał żartobliwie jubileuszem, czyli szansą na nawrócenie. Niewątpliwie było to nawiązanie do lat jubileuszowych, które Kościół obchodził od 1300 roku, hojnie szafując sakramentami i odpustami. Św. Szymon według świadectw braci zakonnych, postrzegał epidemię jako okazję do wcześniejszego spotkania z Bogiem.
Niestety, rzadko który chrześcijanin płonie aż tak wielkim ogniem miłości do Boga jak św. Szymon. Dlatego wszelkie zagrożenie dla zdrowia lub życia mobilizuje nas do gorących modlitw o pomoc i opiekę. Smutne to, choć po ludzku zrozumiałe, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak trudno nam przychodzi modlitwa pochwalna.
Myliłby się ktoś, kto słowa bernardyna interpretowałby jako zapowiedź bezmyślnego narażania się na zarażenie. Św. Szymon po prostu dalej z oddaniem pełnił swoje obowiązki kaznodziejskie.
Odwaga i rozsądek
Kościół zawsze stara się postępować racjonalnie. Dlatego przy okazji epidemii duchownych starszych i słabszych – jednym słowem bardziej podatnych na chorobę – przełożeni starali się przenieść na tereny mniej zagrożone. Na miejscu pozostawali kapłani, zakonnicy i zakonnice niezbędni do zapewnienia opieki duchowej ludności. Wymagało to od nich wielkiej wiary i ducha poświęcenia. Źródła francuskie z czasów epidemii 1628 roku wspominają o księżach i zakonnicach, którzy musieli czasem wspinać się po ciałach leżących na podłodze oraz na schodach domów, aby nieść pomoc tym, którzy jeszcze dawali oznaki życia.
Starano się zachowywać przy tym środki ostrożności, w miarę ówczesnej, niestety bardzo ułomnej, wiedzy medycznej. W 1622 roku w krakowskim kościele Jezuitów pw. św. Barbary prezbiterzy odprawiali Msze Święte oddzieleni od wiernych przegrodą, a Komunię Świętą podawali nad dymiącym kadzidłem. Kadzidła używali także w celu oczyszczenia pomieszczeń klasztornych. Z kolei udając się do chorych, zmieniali odzież. W murach kościoła Bożego Ciała na krakowskim Kazimierzu do dziś widać pozostałości małych okien, przez które w dobie epidemii kanonicy spowiadali penitentów i udzielali Komunii Świętej. Jednym z szafarzy był święty Stanisław Kazimierczyk, który dwa razy (w 1482 i 1486 roku) na czas epidemii na własną prośbę zostawał w klasztorze, by posługiwać chorym. Przeżył, choć zaraza zbierała żniwo wśród najgorliwszych kapłanów i duchownych pielęgnujących chorych.
Warto w tym miejscu wspomnieć o powołanej do życia w Wilnie w 1705 roku Wspólnocie Braci Miłosierdzia od św. Rocha, tzw. rochitów. Charyzmatem tego zgromadzenia było pielęgnowane osób dotkniętych zarazą i grzebanie zmarłych. Niedługo potem ziemie polskie dotknęła dżuma. Pierwsi rochici, pełniąc posługę, zarazili się i pomarli. Dopiero w 1713 roku po raz drugi założono wspólnotę, która miała siedzibę w wileńskim Szpitalu św. Rocha.
Trudno nam, wystraszonym epidemią koronawirusa, znaną raczej z ekranu telewizora niż z własnego doświadczenia, wyobrazić sobie realia nie tak przecież odległe, gdy ludzie umierali tysiącami, czasem nawet na ulicy. Ks. prof. Jan Kracik w swojej pracy o kościele krakowskim podaje, że podczas zarazy w 1475 roku w samej parafii mariackiej umierało dziennie 40–50 osób, a z kolei dżuma z 1543 roku pozbawiła życia 12–14 tysięcy krakowian, co oznaczało, że zmarła połowa mieszkańców miasta. Jedyną pociechą i otuchą pozostawał wówczas Bóg i modlitwa do Niego.
Święci patroni
Świadomi prawdy o obcowaniu świętych katolicy proszą także o wstawiennictwo mieszkańców Nieba, którzy cieszą się możliwością pozostawania z Bogiem niejako „twarzą w twarz”. Za patronów „od morowego powietrza” uważani są tradycyjnie przede wszystkim: św. Sebastian – męczennik, św. Rozalia – pustelnica i św. Roch – asceta i pielgrzym. Pierwszy z wymienionych świętych zasłynął ocaleniem w 680 roku od epidemii Rzymu i Peruggi. Sława św. Rozalii zakwitła po raz pierwszy, gdy w 1625 roku ocaliła od śmierci mieszkańców Palermo. Z kolei św. Roch już za życia skutecznie wypraszał modlitwą zdrowie dotkniętym zarazą. Natomiast po śmierci ochronił przed dżumą duchowieństwo zebrane na soborze w Konstancji oraz mieszkańców miasta. Wprawdzie równie skuteczni w lokalnej skali bywali także inni mieszkańcy Nieba, jednak ta trójka ma szczególne w tej dziedzinie zasługi.
Dżuma to niestety nie jedyna choroba, która nabrała rozmiarów śmiertelnej pandemii. W XVIII wieku ogromne żniwo zebrała ospa. Z kolei w kolejnym wieku miliony osób pochłonęła cholera. Ta ostatnia do Polski przywędrowała wraz z armią rosyjską podczas powstania listopadowego. Znany krakowski pamiętnikarz Ambroży Grabowski tak relacjonował: Szerzyła się gwałtownie i ludzi sprzątała co nie miara. Zarażony nią nie biedził się długo, gdyż objawiała się nagłymi womitami, rozwolnieniem żołądka i w dniu jednym lub dwóch zabierała do grobu. To szczególniejsza, że najwięcej chwytała się ludzi nieporządne życie wiodących, nałogowych pijaków (…); także podlegali jej owi, którzy się jej najwięcej obawiali, wystrzegali się zarazy i różne przeciw niej ochronne zachowywali przepisy.
Pod koniec I wojny światowej osłabione społeczeństwa zaatakowała grypa zwana „hiszpanką”. Ocenia się, że pochłonęła aż do 100 mln istnień ludzkich na całym świecie.
Każda choroba przypomina człowiekowi, że nasi prarodzice sprzeniewierzyli się Bogu. Konsekwencję ich pychy ponosimy także my. Wszechmocny w Swoim Miłosierdziu wyciągnął do nas pomocną dłoń, zsyłając na świat Swego Syna. W Nim jest nasza pociecha i nadzieja na przyszłość. I na wieczność w Niebie…
Adam Kowalik
Wyobcowanie, depresja, lęk, utrata sensu, pustka… Bardzo często te życiowe bolączki kojarzą się z samotnością, osamotnieniem, poczuciem opuszczenia. Ale zastanówmy się – czy zawsze ten stan musi być czymś złym i uciążliwym? Czy na pewno nie możemy wyciągnąć z samotności jakichś korzyści? A może mamy wtedy więcej czasu na refleksję, na przemyślenie własnego życia, relacji z Bogiem i bliźnimi?
Panią Wiesławę Mazur z Jeżówki w Małopolsce poznałem podczas wrześniowej pielgrzymki Apostołów Fatimy do Zakopanego, Kalwarii Zebrzydowskiej, Wadowic i Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie. W swojej parafii, pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, pani Wiesława należy do wspólnoty Żywego Różańca. Oto co jeszcze o sobie opowiedziała…
– Wiarę przekazali mi rodzice. Mieszkaliśmy w Sułoszowie, do kościoła mieliśmy 5 km, ale w niedzielę nie było, że nie chce mi się iść do kościoła. Nawet nikt o tym nie pomyślał. To zostaje, to zaszczepiła mi mama i do dzisiaj tak jest. Był tylko podział: tato szedł na siódmą, ja na dziewiątą, a mama na sumę, bo każdy miał jakieś obowiązki. Takie były niedziele. A broń Boże, żeby coś wziąć do ręki, coś robić w niedzielę! A dzisiaj? Pranie, sprzątanie… Młode pokolenie wszystko wykonuje w niedzielę, bo wtedy ma czas. W tamtych czasach było to nie do pomyślenia.
W Licheniu doznałam czegoś niesamowitego
Pani Wiesława lubi pielgrzymować, a szczególne miejsce w jej sercu zajmuje sanktuarium w Licheniu. – W Licheniu byłam siedem razy. 20 lat temu doznałam tam czegoś niesamowitego. Jechaliśmy przez Kalisz i wstąpiliśmy do Sanktuarium św. Józefa. Kolana mnie wtedy tak bolały, że myślałam iż nie dam rady dojechać do Lichenia. Jak wchodziliśmy do sanktuarium w Kaliszu, to w duchu poprosiłam: żeby te kolana przestały mnie boleć. Nagle poczułam, jakby się ugięły, ale nic więcej się nie stało. Weszliśmy do kościoła, pomodliliśmy się, złożyliśmy podziękowania oraz prośby i pojechaliśmy dalej. W Licheniu trzeba było przejść na klęczkach przez bramę, przy której jest głaz z odciśniętymi stopami Matki Bożej. Powiedziałam, że nie mogę, bo jak klęknę, to nie wstanę, tak mnie te kolana bolą. Wtedy moja koleżanka powiedziała: Spróbuj, może ci się uda. I tak zrobiłam. Przeszłam tę bramę na klęczkach, wstałam i… kolana mnie nie bolały! Do dzisiaj mam zdrowe kolana. Dlatego wracam do Lichenia, jak tylko jest okazja.
Należę do Apostolatu Fatimy i chętnie czytam „Przymierze z Maryją”
– Pewnego razu znalazłam ogłoszenie w gazecie, że można otrzymać „Przymierze z Maryją” i różaniec. Wysłałam mój adres i poprosiłam o przysłanie. Dostałam różaniec i książeczkę o przepowiedniach Matki Bożej z Fatimy. Od tamtej pory wszystko się zaczęło: zaczęłam być w kontakcie ze Stowarzyszeniem, które wspomagałam, na ile mnie było stać. W czasopismach, które dostaję, jest dużo ciekawych rzeczy. Niektóre sobie zachowałam na pamiątkę; wracam do nich, czytam, analizuję, przetrawiam po swojemu. Czytam chętnie prawie całe „Przymierze z Maryją”, bo te artykuły dużo mi dają, wiele się z nich dowiedziałam, a jak rozmawiam ze znajomymi i ktoś mnie pyta skąd to wiem, to mówię, że było w „Przymierzach…”. Po przeczytaniu nic nie wyrzucam, tylko zanoszę do kościoła, żeby ktoś inny sobie zabrał, przeczytał i poznał Stowarzyszenie.
– Od 2018 roku należę do Apostolatu Fatimy i jestem z tego bardzo zadowolona. Zauważyłam, że z mojej miejscowości kilka osób też zapisało się do Apostolatu, bo jak rozmawiam i mówię, że jest Apostolat Fatimy i Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi, to słyszę: Tak, my już wiemy.
Żyję dzięki temu, że wierzę
Pani Wiesława przeżyła śmierć męża, syna i córki. Wiara w Pana Boga i ufność, że Matka Boża pomoże jej i jej bliskim w tej trudnej sytuacji, bardzo pomagała. Tak wspomina te trudne chwile: – Mąż zmarł wcześniej, ale z tym jeszcze szło się pogodzić, bo już przeżył trochę lat, natomiast cierpienie matki nad umierającym dzieckiem, to jest chyba najgorsza rzecz w życiu. Stało się, jak się stało. Trzeba jednak żyć dalej, trzeba się z tym pogodzić, bo jak byśmy się nie pogodzili, to co by z nas było? Dzięki temu, że wierzę, to żyję.
Pewnego razu, gdy byłam u schyłku wytrzymałości, usłyszałam wewnętrzny głos: Nie rezygnuj! I pomyślałam: Nie! Nie zrezygnuję! Dodało mi to tyle siły, że wytrzymałam wszystko i przetrwałam do końca. Nie załamałam się, bo uświadomiłam sobie, że taka była wola Boża. Modlę się tylko, żeby nie było gorzej i wierzę, że kiedyś się jeszcze spotkamy.
Oprac. Janusz Komenda
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Na początku chciałabym gorąco podziękować całej Redakcji, wszystkim redaktorom, księżom, którzy piszą piękne artykuły. Chciałam z całego serca podziękować za otrzymane „Przymierze z Maryją” oraz piękną figurkę Matki Bożej Fatimskiej oraz inne materiały i dewocjonalia. Wasza praca jest potrzebna, wartościowa, pokazuje piękno wiary w Miłosierdzie Boże. Będę się modlić za całą Redakcję o zdrowie, siły i błogosławieństwo Boże.
Z Panem Bogiem!
Jolanta z Rybnika
Szanowni Państwo!
Serdecznie dziękuję za piękny kalendarz „365 dni z Maryją”, a także za ładne poświęcone obrazki i wszystkie przesyłki, jakie otrzymuję od Was. Cieszę się, że o mnie pamiętacie i ja też o Was pamiętam w modlitwie. Bardzo cieszę się z Waszej pracy. Dużo pracuje cały zespół, chylę czoła przed Wami. Bardzo dziękuję Wam wszystkim, życząc wszelkiego Dobra. Szczęść Boże!
Franciszka z Gryfina
Szanowny Panie Prezesie!
Bardzo dziękuję Panu za piękne życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego, ale również i fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły ducha i wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla rozwoju naszej duchowości chrześcijańskiej. Wszystkie materiały i dewocjonalia, które otrzymałem od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi, są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę Panu, Apostolatowi Fatimy, zespołowi redakcyjnemu i wszystkim współpracownikom wielu łask Bożych, opieki Maryi, dużo radości i zdrowia. Wszystkiego najlepszego. Szczęść Boże!
Marek z Lublina
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Bardzo dziękuję za współpracę z Wami. Trwa ona już od 18 lat. Doceniam Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi i cały zespół redakcyjny. To, co piszecie, pogłębia naszą wiarę w trudnych dzisiejszych czasach. Modlę się za cały zespół redakcyjny. Dziękuję, że pamiętacie w modlitwach o mnie i mojej rodzinie, za życzenia urodzinowe, za kalendarz, który rozświetla mój dom. Każdego dnia patrzę na Matkę Najświętszą, która nas błogosławi, wyprasza nam zdrowie i opiekę.
Z Panem Bogiem!
Danuta z Michałowa
Szczęść Boże!
Pragnę złożyć serdeczne podziękowanie za otrzymane życzenia urodzinowe uwiecznione na pięknej karcie z wizerunkiem Fatimskiej Pani.
Z Panem Bogiem!
Robert
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Bardzo dziękuję za Wasz wkład w krzewienie prawd wiary. Pragnę podziękować za otrzymane materiały edukacyjne, które umacniają wiarę, duchowość, niosą światło pokoju i miłość w sercach. Dają nadzieję do życia i niech tak pozostanie jak najdłużej – najlepiej na zawsze. Wspierając tę kampanię, wspólnie walczymy o serca, które jeszcze są uśpione. Cały miesiąc październik uczestniczyłem w nabożeństwie różańcowym, ofiarując za grzeszników, którzy obrażają Niepokalane Serce Maryi. Życzę całej Redakcji i dla Pana Prezesa obfitych łask Bożych. Z Panem Bogiem, Bóg zapłać za wszystko z całego serca!
Wojciech z Grodziska Mazowieckiego
Szczęść Boże!
Takie dzieła Boże jak Wasze trzeba koniecznie wzbudzać! W przesłaniu Matki Bożej płynącym z Gietrzwałdu drzemie wielka potęga ratunku dla Polski – to jest nasze zadanie do odrobienia. Bogu dzięki, że mamy w Polsce tak wspaniałych ludzi jak Wy (i Wasze Stowarzyszenie), którzy to odkrywają! Heroicznym wysiłkiem rozprzestrzeniają to cudownie ratujące Polskę przesłanie. Szczęść Wam Boże na długie lata!
Rita i Ryszard
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Dziękuję bardzo za życzenia urodzinowe, a szczególnie za Waszą modlitwę w mojej intencji. Najbardziej wszyscy potrzebujemy opieki Pana Boga. Świętym Charbelem, zainteresowałam się już kilka lat temu. Oprócz książek, mam dla całej rodziny relikwie oraz olej świętego Charbela, przysłanym z Libanu. Warto, aby jak najwięcej ludzi Go poznało. Chciałam powiedzieć także o innym, bardzo skutecznym orędowniku, chociaż oczekującym na wyniesienie na ołtarze, Słudze Bożym Wenantym Katarzyńcu, nazywanym polskim Charbelem. Bardzo skutecznym, czego osobiście doświadczyłam. Sama nie mogłam uwierzyć, jak szybko i w jaki sposób mi pomógł. Tego dowody posiada również moja córka. Rozwikłanie jej problemu odbywało się w tak irracjonalny sposób, że trudno nie uwierzyć w pomoc Sługi Bożego Wenantego. Obiecałam, że będę opowiadała o Jego skutecznej pomocy. W internecie jest wiele filmów i książek o Wenantym. Żyjemy dzisiaj w trudnych czasach, dużo ludzi boryka się z problemami finansowymi. Jeśli ten stan się nie zmieni, czeka nas totalne bankructwo. Czcigodny Sługa Boży Wenanty Katarzyniec jest bardzo skuteczny w tych sprawach. Szanowni Państwo, może również warto by było dać ludziom szansę skorzystania z tej pomocy i zorganizować jakąś akcję związaną z tym kandydatem na ołtarze? Życzę Państwu dużo zdrowia i siły w prowadzeniu tak szczytnej działalności, z której obficie korzystamy. Mówię z wdzięcznością – Bóg zapłać!
Krystyna
Szczęść Boże!
Bardzo popieram to, co robicie – że wysyłacie różne pisma, które w tym czasie są bardzo potrzebne, aby ludzie się dowiedzieli, jak żyć z pomocą Pana Jezusa, Matki Najświętszej i wiarą bo jest to bardzo potrzebne. Dziękuję za wszystkie upominki, które od Was otrzymuję. Gorąco modlę się za Was i także proszę o modlitwę.
Genowefa z Rzeszowa