
Historia świata, szczególnie ostatniego stulecia, nie obeszła się zbyt łaskawie z zabytkami historii. W latach II wojny światowej bezpowrotnie utracono wiele wspaniałych pamiątek architektury. Wśród nich znalazły się także cenne świątynie katolickie. Jest jednak również wiele przypadków kościołów, klasztorów i innych budynków sakralnych ocalonych z wojennej pożogi w tak nieprawdopodobny sposób, że aż trudny do uwierzenia…
W tym artykule przedstawię krótko trzy z nich. Wszystkie dotyczą okresu II wojny światowej, ale wydarzyły się w różnych krajach, a nawet na innych kontynentach. Łączy je to, że żadna naukowa analiza nie pozwala dojść do racjonalnych przyczyn, dlaczego owe świątynie ocalały. Jest to świadectwo Bożej wszechmocy i zarazem przestroga przed tym, jak ludzka żądza władzy i konfliktowość mogą doprowadzić do pogrzebania dorobku pokoleń…
Niewybuch w romańskim kościele
Królestwo Włoch, rządzone od 1922 roku przez faszystowskiego dyktatora Benita Mussoliniego, przystąpiło do II wojny światowej po stronie Państw Osi 10 czerwca 1940 roku, biorąc udział w niemieckiej inwazji na Francję. W późniejszym czasie wojska włoskie zaangażowały się w walki w Afryce Północnej i Grecji, konfrontując się z broniącymi tego obszaru siłami aliantów, głównie Wielkiej Brytanii i jej dominiów.
Na początku 1941 roku z odsieczą włoskim sojusznikom przyszły wojska niemieckie, początkowo w postaci wsparcia powietrznego Luftwaffe, a z czasem także sił lądowych. Brytyjczycy, walczący z Włochami o kontrolę nad basenem Morza Śródziemnego, zdecydowali się zadać upokarzający cios przeciwnikowi, aby pokazać, że mimo pojawienia się niemieckich samolotów to wciąż oni są silniejszą stroną. Tak zrodził się pomysł przeprowadzenia operacji Grog – uderzenia brytyjskiej marynarki wojennej w miasta na północy Włoch, które miało bardziej znaczenie propagandowe niż wojskowe.
9 lutego 1941 roku flota brytyjska złożona z lotniskowca, pancernika, dwóch krążowników i dziesięciu niszczycieli podeszła pod Genuę, Livorno i La Spezię. Największy atak wymierzony był w port w Genui. Pomimo zaangażowania dużych sił, Brytyjczykom udało się zatopić i uszkodzić jedynie kilka włoskich statków handlowych. Brytyjski pancernik HMS „Malaya” wziął na swój cel włoski pancernik cumujący w porcie, jednak błąd popełniony przez brytyjskiego marynarza sprawił, że wystrzelony przez niego pocisk zamiast we wrogi okręt, skierował się w stronę zabytkowej części miasta i trafił genueńską katedrę…
Katedra San Lorenzo w Genui to jedyny w swoim rodzaju zabytek stylu romańskiego. Kościół konsekrowany w 1118 roku widział niezliczone wojny, jakie przetoczyły się w ciągu wieków przez obszar dzisiejszych Włoch. Trafienie feralnym pociskiem okrętowym mogło zadać katedrze niepowetowane szkody… Ale pocisk z niewyjaśnionych do dziś przyczyn nie wybuchł.
Przybyli na miejsce włoscy saperzy szybko rozbroili ładunek, a poza przebitym murem katedra nie doznała w tym ataku żadnych większych uszkodzeń. Dziś skorupa pocisku pozbawiona ładunku wybuchowego jest wystawiona w nawie głównej genueńskiej katedry jako wotum dziękczynne, a obok niej wmurowano tablicę pamiątkową z napisem w języku włoskim, który można przetłumaczyć w następujący sposób: Ten pocisk, wystrzelony przez brytyjską marynarkę wojenną, choć przebił się przez mury tej wielkiej katedry, spadł tutaj nie eksplodując 9 lutego 1941 roku. W swej wiecznej wdzięczności Genua, Miasto Maryi, pragnęło wyryć w kamieniu wspomnienie tej łaski.
Ocalała katedra na morzu ruin
Począwszy od 1943 roku, stopniowo przegrywające wojnę Niemcy były poddawane nieustannym bombardowaniom ze strony lotnictwa aliantów, głównie Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Naloty dywanowe, niewymierzone w jakiś konkretny cel, np. fabrykę, tylko w całe obszary miejskie, przeprowadzane jednocześnie przez setki samolotów, równały z ziemią kolejne niemieckie miasta. Niezależnie od tego, jak oceniamy tamte wydarzenia, obiektywnie należy stwierdzić, że przyczyniły się one do śmierci tysięcy cywilów i zrujnowania wielu zabytków bezcennych dla całej cywilizacji europejskiej.
Los ten nie ominął – a może nawet szczególnie doświadczył! – miasta Kolonia położonego w Zagłębiu Ruhry na zachodzie Niemiec. Ten obszar bowiem, jako przemysłowe serce Rzeszy, był wyjątkowo silnie atakowany przez alianckie lotnictwo. Praktycznie całe zabytkowe centrum Kolonii zostało dosłownie zrównane z ziemią. Na obszarze wielu kilometrów kwadratowych nie ocalał właściwie ani jeden budynek. Wyjątkiem była jedynie katolicka katedra kolońska, która przetrwała wojnę w zasadzie nietknięta.
Fakt ten do dzisiaj stanowi niewyjaśnioną zagadkę dla historyków II wojny światowej. Żadne dokumenty ani wspomnienia weteranów nie mówią o tym, aby alianccy lotnicy mieli otrzymywać od swojego dowództwa rozkazy oszczędzenia katedry. Zresztą, przy bombardowaniu dywanowym z wysokości kilku kilometrów i niedoskonałości ówczesnych przyrządów celowniczych, byłoby to i tak praktycznie niemożliwe.
W dodatku katedra, jako budynek wyjątkowo wysoki i masywny, miała znacznie większą „szansę” na bycie trafioną niż dom czy kamienica. I owszem, w czasie powtarzających się nalotów kilka alianckich bomb uderzyło w katedrę w Kolonii, ale nie zadały jej one praktycznie żadnych szkód… Po przyjrzeniu się temu, jak misterną budowlą ona jest, z jakiej ilości starannie wyrzeźbionej ornamentyki się składa, faktu że tak drobne i wrażliwe elementy nie doznały większych uszkodzeń pośród rozrywających się w okolicy setek bomb lotniczych, nie sposób nazwać inaczej, jak tylko cudem!
Dziś centrum Kolonii niemal w niczym nie przypomina tego, jak miasto to wyglądało niewiele ponad osiemdziesiąt lat temu. Mimo odbudowania kilku romańskich kościołów, zburzone kwartały w większości pokryły się nowoczesnym budownictwem, z jego kanciastymi formami i wszechobecną szarością… Wyjątkiem w tym smutnego krajobrazie jest wyłaniająca się z morza przeciętności wspaniała katedra – strzelająca w niebo bliźniaczymi wieżami, jeden z najwybitniejszych zabytków architektury gotyckiej i zarazem jeden z największych kościołów na świecie – który ocalał, choć po ludzku nie powinien.
Klasztory, które przetrwały wybuch atomowy
Japonia jest krajem szczególnym i nieoczekiwanym w tej opowieści. Leżący na skraju chrześcijańskiego świata, gdzie katolicy stanowią obecnie ledwie zauważalną mniejszość w społeczeństwie, zhańbił się w swej historii okresem okrutnych prześladowań, w czasie których wyznawców Chrystusa krzyżowano, ścinano im głowy i palono ich żywcem…
Po przemianach polityczno-społecznych na przełomie XIX i XX wieku do Kraju Kwitnącej Wiśni zaczęli jednak przybywać zagraniczni misjonarze, aby podsycić płomień wiary zachowany do tej pory przez nielicznych, którzy nie poddali się prześladowaniom. Pośród nich w Hiroszimie dwa domy zakonne założyli jezuici, z kolei w 1930 roku trzej polscy franciszkanie przybyli do Nagasaki, miasta znanego jako jedno z największych skupisk chrześcijan w Cesarstwie Japonii. Jednym z tych zakonników był o. Maksymilian Maria Kolbe.
To głównie za jego staraniem na obrzeżach miasta wybudowano klasztor nazwany Ogrodem Niepokalanej. Budowlę wzniesiono na zboczu wzgórza Hikoyama, w dość trudnym do budowy miejscu, położonym raczej na uboczu, choć ojcu Kolbemu proponowano do wykupienia znacznie lepsze działki blisko centrum miasta. Jednak „szaleniec Niepokalanej” tak bardzo upodobał sobie to miejsce, że nakazał budowę bez względu na wszelkie przeciwności. Jak miało się później okazać, ta z pozoru irracjonalna decyzja upartego zakonnika ocaliła dzieło franciszkanów w Nagasaki oraz wiele ludzkich istnień.
6 sierpnia 1945 roku po raz pierwszy w historii został użyty bojowo nowy, straszliwy rodzaj broni, przed którym dzisiaj drży cały świat. Tego dnia amerykański bombowiec B-29 Superforteca zrzucił bombę jądrową „Little Boy” na Hiroszimę. Jeden z domów zakonnych jezuitów znajdował się w tzw. pierwszej strefie rażenia – od epicentrum wybuchu dzielił go niecały kilometr i tylko osiem innych budynków. Z niewytłumaczalnych przyczyn ani fala uderzeniowa nie zmiotła domu, ani nie spłonął on w wyniku uwolnionej przez wybuch nieludzkiej temperatury. Co więcej, będący wtedy w środku zakonnicy nie doznali nawet choroby popromiennej i wszyscy dożyli późnej starości… Wśród ocalonych znalazł się Polak, o. Hubert Cieślik. Naukowcy pracujący dla Departamentu Obrony USA, badający po wojnie skutki wybuchu w Hiroszimie, napisali w raporcie, że siedziba jezuitów powinna ponad wszelką wątpliwość zostać zniszczona. W takich warunkach nie jest możliwe, aby ktokolwiek przeżył. Nikt w takiej odległości nie powinien zostać przy życiu…
Trzy dni później, 9 sierpnia, ten sam los spotkał miasto Nagasaki… Bomba o nazwie „Fat Man” eksplodowała o godz. 11.02, zabijając 40–70 tysięcy osób. Wśród nich było wielu japońskich chrześcijan, których przodkowie cudem przeżyli prześladowania pogańskich władz swojego kraju… Jednak klasztor franciszkanów przetrwał praktycznie nietknięty – jedynymi uszkodzeniami były wybite szyby! Gdyby święty ojciec Kolbe – patrzący już na to wszystko z Niebios – kilkanaście lat wcześniej posłuchał „zdroworozsądkowych” porad i wybudował klasztor na działce w centrum miasta, z zabudowań nie zostałoby nic… No chyba, że Pan Bóg i na to znalazłby Swój sposób i ocalił je tak, jak dom zakonny w Hiroszimie.
W tym numerze „Przymierza z Maryją” postanowiliśmy podjąć tematykę edukacji młodych pokoleń Polaków. Pokładamy nadzieję w chrześcijańskim, czy też ściślej – katolickim kształceniu i wychowaniu. Pamiętamy bowiem, że katolicyzm jest nie tylko doktryną, dogmatem czy też zbiorem modlitw i obrzędów, lecz nade wszystko żywą relacją z Bogiem i powinien oddziaływać na całe państwo i całe społeczeństwo.
Pomiędzy 25 a 29 maja wraz z grupą Apostołów Fatimy pielgrzymowaliśmy do miejsca, w którym 109 lat temu trojgu portugalskim pastuszkom ukazywała się Matka Boża, niosąc światu przesłanie pokuty i nadziei.
Fatima, choć jest odwiedzana przez bardzo licznych wiernych oraz turystów, zdołała jednak zachować atmosferę ciszy. Wyjąwszy największe uroczystości gromadzące wielotysięczne rzesze uczestników, można tam zarówno modlić się, jak i słuchać w skupieniu. Każdego dnia chętnie korzystaliśmy z tej możliwości tym bardziej, że nasz hotel położony był w bezpośredniej bliskości bazyliki oraz miejsca Maryjnych objawień.
Codziennie uczestniczyliśmy też w tradycyjnych nabożeństwach i procesjach na olbrzymim placu przed sanktuarium. W trakcie trzeciego wieczoru przedstawiciele naszej grupy mieli zaszczytną okazję prowadzić fragment modlitwy. W pamięci uczestników pozostanie z pewnością atmosfera towarzysząca tym różańcowym spotkaniom. Wypowiadane przez setki pielgrzymów w różnych językach wezwania Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… podkreślały zarówno jedność jak i różnorodność Kościoła. Z drugiej strony jednak – zamiast harmonii rodziły szum, utrudniając modlitewne skupienie. Może gospodarze tego cudownego miejsca zechcą kiedyś „odkryć” na nowo łacinę?
Niespokojny duch współczesności daje też w Fatimie znać o sobie w sposób widoczny gołym okiem. Niby w trosce o prostotę i skromność stara się on jak może zasłonić sanktuarium, wznosząc wokół betonowe bryły, z których niektóre nawet zostały poświęcone jako miejsca katolickiego kultu. Tylko co wspólnego z żywą, autentyczną wiarą mogą mieć płaskie, szare bunkry albo kaplice, w których Tabernakulum przypomina bardziej skrzynkę na narzędzia? Albo co powiedzieć o ustawionym tuż przy nowej bazylice wielkim krzyżu, na którym zamiast Chrystusa umieszczono dziwaczną postać jakby wyjętą ze starożytnych hieroglifów? W kulturowym kontekście naszych czasów to raczej karykatura niż godny wizerunek Zbawiciela…
Zatem nawet w bezpośrednim otoczeniu sanktuarium naocznie przekonaliśmy się, że wewnątrz Kościoła toczy się ogromna walka o kształt katolicyzmu i o serca wierzących. Do czego to zmaganie może prowadzić, widzieliśmy w urokliwym, niewielkim mieście Obidos, gdzie w miejscu dawnego kościoła działa dzisiaj… księgarnia.
Nasze pielgrzymkowe wyprawy, których celem były wspaniałe klasztory w miasteczku Alcobaça czy w Batalhi, przeniosły nas do czasów, gdy świątynie bez wątpienia wznoszono na chwałę Bożą, na przykład – w podzięce za Opatrznościową pomoc w wygranej bitwie o niepodległość kraju. Zachwyt budziła potężna, a zarazem misterna architektura tych monumentalnych dzieł, wspaniałe zdobienia, dbałość ich twórców o detale, połączenie talentów z wytrwałością i pracowitością budowniczych.
Podążyliśmy też śladami fatimskich wizjonerów – Łucji dos Santos oraz świętych Hiacynty i Franciszka Marto. Modliliśmy się przy ich grobach. Odprawiliśmy Drogę Krzyżową w ich rodzinnych stronach, odwiedziliśmy domy, w których żyli.
W miejscu objawień Matki Bożej zapaliliśmy świece przywiezione wraz z intencjami powierzonymi nam przez Darczyńców w ramach akcji „Twoje światło w Fatimie”.
Podczas tej kilkudniowej wyprawy na każdym kroku spotykaliśmy się z serdeczną otwartością Portugalczyków. Podziwialiśmy ich ludową sztukę i zwyczaje. Mimo że nasze kraje są od siebie bardzo oddalone, w żaden sposób nie czuliśmy się obco. Sprawiła to oczywiście sama Matka Boża, ale też kulturowa bliskość biorąca swój początek w naszej wspólnej wierze. Podczas wyjazdów do historycznych miejsc, które znalazły się na trasie naszej pielgrzymki, mieliśmy okazję przekonać się, że Maryja swoją opieką otacza nie tylko nasz naród, lecz wszystkie nacje, które się Jej ufnie oddają, a także każdą osobę, która zawierza Jej siebie oraz swych bliskich.
Dzieje Portugalii to również historia wierności Bogu i odstępstw, także w życiu władców. Trudne momenty w wymiarze tak osobistym, jak i zbiorowym, przypominają o konieczności ciągłego zabiegania o własną duszę i o łaskę Opatrzności. Wierność przynosi pomyślność – przynajmniej w życiu duchowym. Odstępstwo owocuje nieszczęściem i śmiercią. Te uniwersalne prawdy przychodziły na myśl, gdy słuchaliśmy opowieści przewodników o portugalskich monarchach i wodzach, zwycięskich bitwach i nieszczęśliwych losach grzesznych kochanków.
Byli tym razem pośród Apostołów Fatimy reprezentanci każdego spośród żyjących pokoleń. Najmłodszy uczestnik liczył sobie 13 lat, zaś senior, pan Zdzisław – już 94. – Całe życie marzyłem, by tu przyjechać – przyznał w rozmowie.
Nasza pielgrzymka nie byłaby tak bogata w duchową treść bez obecności duszpasterza – księdza Krzysztofa. Oprócz zapewnienia nam możliwości codziennego wysłuchania Mszy Świętej, dawał on wyrazy swej niezwykłej czci dla Matki Bożej śpiewem Godzinek i pięknych pieśni.
Każdy z nas przywiózł Matce Bożej bagaż własnych intencji, od tych najbardziej osobistych po zbiorowe – dotyczące Kościoła i Ojczyzny. Każdy też otrzymał w duchowym wymiarze to, czego najbardziej potrzebował. To doświadczenie znają wszyscy pielgrzymujący ze szczerą intencją w miejsca szczególnie wybrane przez Pana Boga i przez Maryję.
Wśród tych niezwykłych miejsc jest też Fatima, niosąca do Nieba już od ponad wieku nieprzerwany strumień ludzkiej modlitwy.
Szanowni Państwo!
Jesteście wspaniali! Wasze wydawnictwa oraz gazetki, broszury i ulotki wzmacniają naszą duchowość i informują o wielu faktach oraz miejscach objawień Maryjnych. Artykuły czytam z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę bardzo cenię informacje o Jezusie i Maryi, które w nieskończoność otwierają serca. Pamiętamy w modlitwie o Waszej pracy. Pozdrawiam gorąco Pana Prezesa i cały zespół redakcyjny!
Anna ze Zgierza
Szczęść Boże!
Kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniała. Popieram ją i bardzo się cieszę, że jesteście i stoicie na straży wiary. Musimy dziękować i wspierać naszą Królową za Jej miłość do naszego Narodu.
Zbigniew z Katowic
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szanowny Panie Prezesie, dziękuję bardzo serdecznie za przesłane mi pozdrowienia urodzinowe. Ucieszyłam się z bardzo ładnej kartki. Jestem dumna z działalności apostolskiej, jaką Państwo prowadzą. Podobają mi się bardzo czasopisma „Przymierze z Maryją” i „Apostoł Fatimy”. Cieszę się z tego, że mogę w nich znaleźć wiele bardzo ciekawych artykułów poruszających interesujące mnie tematy. Cieszę się z tego, że wiele osób może korzystać z tych czasopism. Pragnęłabym bardzo, aby wielu Polaków mogło zapoznać się z tymi ciekawymi gazetami.
Bardzo serdecznie dziękuję za otrzymane ostatnio „Przymierze z Maryją” i „Apostoła Fatimy”. Znalazłam w tych numerach wiele interesujących mnie zagadnień. Cieszę się z tego, że te czasopisma mogą trafić do wielu rodzin w Polsce. Pragnęłabym dalej otrzymywać te pisma.
Pozdrawiam Maryję Naszą Królową. Życzę Panu i współpracownikom dużo zdrowia i wielu łask Bożych w Jezusie i Maryi.
Wdzięczna Czytelniczka
Krystyna z Pruszkowa
Szczęść Boże!
Bardzo dziękuję za przysyłanie mi „Przymierza z Maryją”. Jest to pismo, które bardzo sobie cenię i szanuję. Redagujecie ciekawe artykuły. Zawsze czekam na nowe numery i pragnę poinformować, że zawsze będę Was wspierać. Niech Pan Bóg nas prowadzi!
Barbara
Szanowny Panie Prezesie!
Bardzo dziękuję Panu za życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego oraz fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły i ducha wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla naszej duchowości chrześcijańskiej. Dziękuję bardzo za wszystkie dewocjonalia, materiały, które od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi otrzymałam – są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę całej Redakcji i Panu Prezesowi obfitych łask Bożych. Szczęść Wam Boże na długie lata!
Danuta z Krakowa
Szanowni Państwo!
Dziękuję za wszystkie numery „Przymierza…”, bo to ciekawe czasopismo. Warto je prenumerować. Dużo opisujecie i dużo się dowiadujemy, co się dzieje teraz i kiedyś – jak to było na świecie dawno temu, w tamtych wiekach. Życzę Wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują zniszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg! Pozdrawiam Was serdecznie,
Maria
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Dziękuję z całego serca za cudowne „Przymierze z Maryją”. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję to pismo. Jest tam dużo pięknych, cudownych tekstów o Maryi i Jezusie Chrystusie, a także dużo o wierze katolickiej i o naszej kulturze. Są tam piękne tematy i bardzo dobre dla naszego życia wiadomości. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję „Przymierze z Maryją”. Dziękuję, modlę się za cały Apostolat Fatimy i za Pana Prezesa.
Janina z Włocławka
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Panie Sławomirze, w liście zadał mi Pan pytanie, czy jestem dumna z otrzymywanego pisma „Przymierze z Maryją”. Jestem dumna! A dlaczego? Bo jest to pismo jedyne w swoim rodzaju. To ogromna wiedza. Każdy artykuł bogaty w wydarzenia, emanuje częścią historii o naszej wierze katolickiej. Bardzo dużo przeczytałam dobrych książek (bo lubię czytać), ale pismo „Przymierze z Maryją” stawiam na pierwszym miejscu, bo porusza serce, ubogaca duszę i umysł. O wielu sprawach opisanych w artykułach wcześniej nie miałam wiedzy. Ale teraz mając 86 lat jestem poniekąd uczennicą „Przymierza z Maryją”. Mówi się, że człowiek uczy się do końca życia, prawda? Bóg zapłać za tę wiedzę. Z szacunkiem chylę czoło przed wszystkimi osobami za pracę i trud w tworzeniu pisma. A Matka Boża, nasza Królowa, niech Was błogosławi. Przy okazji „Bóg zapłać” za wszystko co dostaję od Stowarzyszenia Księdza Piotra Skargi: za życzenia urodzinowe, za listy Pana Sławomira i wszystkie pamiątki, a szczególnie za koronę Matki Bożej Fatimskiej. Jak stawałam przed Fatimską Panią, mówiłam w duchu: „Jesteś taka skromniutka, skromniutka bez korony”… A teraz moja Dostojna Pani ma koronę! Serdecznie dziękuję, bardzo się cieszę.
A jeszcze kilka słów o mnie… Jestem schorowaną osobą, chodzę o lasce. Nie mam już nawet siły iść sama do kościoła – to około 1 kilometra, ale mój sąsiad zawozi mnie co niedzielę na Mszę. Mam też problemy ze słuchem. Aparat słuchowy nie wszędzie zdaje egzamin, szczególnie w kościele, jak kapłan mówi dalej od mikrofonu, to robi się pogłos, ale jakoś daję sobie radę. Nie narzekam, bo mam dużą rodzinę i opiekuje się mną córka. Praktycznie przejęła wszystkie moje obowiązki. Przepraszam, że nie nadążam za waszymi propozycjami, ale w miarę możliwości będę wspomagać Stowarzyszenie. Życzę Wam wszystkim zdrowia i błogosławieństwa.
Z Panem Bogiem!
Genowefa