Problemy
 
Katolik wobec wojny
Marcin Więckowski

24 lutego 2022 roku nasz świat zmienił się radykalnie. Przez kilkadziesiąt lat żyliśmy w przekonaniu, że wojna w naszej części świata zdarzyć się już nie może. Słyszeliśmy o konfliktach na Bliskim Wschodzie czy w Afryce, ale Europa wydawała się nam miejscem wolnym od takiego zagrożenia, zaś agresja jednego państwa na drugie reliktem historii. Wojna za miedzą brutalnie wybudziła nas z tego letargu. Wojny wciąż istnieją i będą istnieć aż do końca ludzkości. Jaką więc postawę powinien zająć katolik wobec tego problemu?

 

Każda wojna oznacza śmierć wielu ludzi. Jest to najstarsza i nigdy niedezaktualizująca się prawda o świecie. Nieważne, jakimi narzędziami jest toczona wojna, zawsze giną w niej ludzie. Przez ostatnie dwa tysiące lat w setkach wojen uczestniczyły również państwa chrześcijańskie. Tymczasem jedno z przykazań Bożych, najważniejszego prawa obowiązującego wszystkich chrześcijan, a konkretnie piąte, w najpopularniejszym polskim przekładzie mówi: Nie zabijaj. Jak się odnaleźć w tej pozornej sprzeczności?


Tutaj poczynić należy bardzo ważną uwagę. W wielu językach świata, także w naszym, istnieje rozróżnienie pomiędzy zabiciem a zamordowaniem. Zabija się w walce, gdzie obie strony, przynajmniej teoretycznie, mają szansę na obronę, albo przez przypadek, np. na skutek wypadku. Morduje się z premedytacją, czyli z zamiarem odebrania życia i z niskich pobudek. W oryginale hebrajskim słowa Boga przekazane przez Mojżesza Lo tircach oznaczają precyzyjnie nie morduj, a nie nie zabijaj. A zatem Dekalog nie zakazuje katolikowi uczestniczenia w konfliktach zbrojnych i odbierania życia żołnierzom przeciwnika w uczciwej walce.


Oczywiście rozumienie „uczciwej walki” zmieniało się wraz z epoką. W średniowieczu nie do pomyślenia było atakowanie z zaskoczenia, a strony umawiały się na bitwę w określonym miejscu i czasie. Tamta epoka jest już jednak dawno za nami, a współczesne konflikty na przekór naszemu przekonaniu o „oświeceniu” i „moralnym wzroście” ludzkości coraz bardziej się barbaryzują i nie powstrzymują tego kolejne traktaty ani trybunały karne. Do pierwszej połowy XX wieku w wojnach ginęli przede wszystkim żołnierze. Od czasów II wojny światowej większość ich ofiar to bezbronni cywile. A świat bez Boga miał być – w założeniu ateuszy – taki piękny…

BRONIĆ SIĘ CZY NIE?

Piotr Apostoł, próbując bronić Jezusa w dniu pojmania, usłyszał: Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną (Mt 26,51). Jednakże zaraz po tym Zbawiciel dodał: Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów? Jakże więc spełnią się Pisma, że tak się stać musi? (Mt 26,53–54). Ofiara Pana Jezusa musiała się dokonać, aby dokonało się nasze Zbawienie. Dlatego Piotr, choć działał w dobrej wierze, nie mógł po ludzku uratować swojego Mistrza. Był to przypadek szczególny, jedyny taki w całej historii świata. Nie można go stosować do wszystkich sytuacji użycia siły wobec napastnika, jak to czynią np. niektóre wspólnoty protestanckie, zakazujące noszenia broni. Jest to całkowite wypaczenie sensu słów Chrystusa i świadczy o zupełnym niezrozumieniu historii naszego Odkupienia.

Nigdy w swoich dziejach Kościół nie zabraniał swoim wiernym obrony. Św. Tomasz z Akwinu pisał: Z samoobrony może wyniknąć dwojaki skutek: zachowanie własnego życia oraz zabójstwo napastnika. Pierwszy zamierzony, a drugi niezamierzony. Oczywiste jest wszakże dla każdego, kto kiedykolwiek brał udział w prawdziwej walce na froncie, że nie da się jej skuteczne prowadzić w taki sposób, aby nie zadawać śmierci. W sytuacji zagrożenia własnego życia strzela się po to, aby zabić ­przeciwnika. Jednak żołnierz nie przychodzi na pole bitwy z zamiarem odebrania życia konkretnemu człowiekowi, a zabijanie nie jest zasadniczym celem jego tam obecności. Ma on przede wszystkim wykonać zadanie powierzone mu przez dowódców, a śmierć nieprzyjaciół jest efektem ubocznym tego działania. A zatem przesłanka niezamierzonego skutku jest tutaj spełniona.

Katechizm Kościoła Katolickiego mówi wyraźnie, znów powołując się na świętego: Miłość samego siebie pozostaje podstawową zasadą moralności. Jest zatem uprawnione domaganie się przestrzegania własnego prawa do życia. Kto broni swojego życia, nie jest winny zabójstwa, nawet jeśli jest zmuszony zadać swemu napastnikowi śmiertelny cios. Jeśli ktoś w obronie własnego życia używa większej siły, niż potrzeba, będzie to niegodziwe. Dozwolona jest natomiast samoobrona, w której ktoś w sposób umiarkowany odpiera przemoc. Nie jest natomiast konieczne do zbawienia, by ktoś celem uniknięcia śmierci napastnika zaniechał czynności potrzebnej do należnej samoobrony, gdyż „człowiek powinien bardziej troszczyć się o własne życie niż o życie cudze” (św. Tomasz z Akwinu) (KKK 2264). Co więcej: Uprawniona obrona może być nie tylko prawem, ale poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie drugiej osoby. Obrona dobra wspólnego wymaga, aby niesprawiedliwy napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody. Z tej racji prawowita władza ma obowiązek uciec się nawet do broni, aby odeprzeć napadających na wspólnotę cywilną powierzoną jej odpowiedzialności (KKK 2265). Władze publiczne mają w tym przypadku prawo i obowiązek nałożyć na obywateli zobowiązania konieczne dla obrony narodowej. Ci, którzy poświęcają się sprawie ojczyzny, służąc w wojsku, są sługami bezpieczeństwa i wolności narodów. Jeżeli wywiązują się należycie ze swojego zadania, prawdziwie przyczyniają się do dobra wspólnego narodu i utrwalenia pokoju (KKK 2310).

WOJNA SPRAWIEDLIWA, CZYLI JAKA?

To oczywiste, że wojnę samą w sobie należy zakwalifikować jako zło. Odbiera przecież ludziom życie w sposób nagły, kiedy mogą nie być przygotowani na odejście w jedności z Bogiem. Wojna zawsze jest okazją i wielką pokusą do czynienia zła, zwiększa anarchię, ogranicza możliwości działania organów zajmujących się strzeżeniem porządku. Niszczy dorobek ludzkiego życia, zabytki kultury i dziedzictwo materialne budowane przez pokolenia. Dlatego w Suplikacji Święty Boże… śpiewamy: Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie!, a Kościół naucza w Katechizmie: Z powodu zła i niesprawiedliwości, jakie pociąga za sobą wszelka wojna, Kościół usilnie wzywa wszystkich do modlitwy i działania, by dobroć Boża uwolniła nas od odwiecznego zniewolenia przez wojnę (KKK 2307).

Ale co czynić, kiedy napastnik przychodzi do naszego domu? Pozwolić mu się ograbić i ryzykować życiem swoim oraz rodziny? Logiczne rozumowanie prowadzi nas do wniosku, że przecież w takim wypadku bandyta może poczynić większe szkody, niż kiedy odpędzimy go strzałami z broni, nawet zadając mu przy tym ranę lub śmierć. Odnosi się to nie tylko do wymiaru indywidualnego czy rodzinnego, ale także narodowego. Takim też rozumowaniem kierowali się pierwsi chrześcijanie, wstępując w szeregi legionów, kiedy Rzym był zagrożony przez barbarzyńców. I tak narodziła się koncepcja wojny sprawiedliwej.

Najprościej tłumacząc, wojna sprawiedliwa to taka, która zapobiega większemu złu niż to, jakie dokonuje się przez nią samą. Katechizm wyjaśnia to w sposób bardziej szczegółowy: Należy ściśle wziąć pod uwagę dokładne warunki usprawiedliwiające uprawnioną obronę z użyciem siły militarnej. Powaga takiej decyzji jest podporządkowana ścisłym warunkom uprawnienia moralnego. Potrzeba jednocześnie w tym przypadku:

• aby szkoda wyrządzana przez napastnika narodowi lub wspólnocie narodów była długotrwała, poważna i niezaprzeczalna;

• aby wszystkie pozostałe środki zmierzające do położenia jej kresu okazały się nierealne lub nieskuteczne;

• aby były uzasadnione warunki powodzenia;

• aby użycie broni nie pociągnęło za sobą jeszcze poważniejszego zła i zamętu niż zło, które należy usunąć. W ocenie tego warunku należy uwzględnić potęgę współczesnych środków niszczenia.

Są to elementy tradycyjnie wymieniane w teorii tzw. wojny sprawiedliwej. Ocena warunków uprawnienia moralnego należy do roztropnego osądu tych, którzy ponoszą odpowiedzialność za dobro wspólne (KKK 2309).

Klasycznym przykładem wojny sprawiedliwej jest oczywiście walka w obronie własnego kraju przeciwko zewnętrznemu agresorowi. W tej sytuacji jako Polacy znajdowaliśmy się wielokrotnie, np. w 1920 roku i 1939 roku, taką samą wojnę toczą dziś Ukraińcy. Ale czy tylko wojna obronna może być sprawiedliwa? Czy np. wiedząc o ludobójstwie dokonywanym w sąsiednim kraju, nie mamy prawa rozpocząć interwencji zbrojnej, aby je powstrzymać? Oczywiście mamy i będzie to również wojna sprawiedliwa, mimo że w tej sytuacji bylibyśmy stroną atakującą. Tak należy traktować także krucjaty organizowane w celu powstrzymania profanacji miejsc świętych i prześladowania chrześcijan przez muzułmanów.

Co więcej, w niektórych przypadkach nawet wystąpienie przeciwko własnemu krajowi może być uznane za wojnę sprawiedliwą! Takim wydarzeniem była np. meksykańska Cristiada. Kiedy w latach 20. poprzedniego stulecia lewicowy rząd w imię „republikańskich wartości” zakazał używania dzwonów kościelnych, organizowania procesji, publicznego noszenia stroju kapłańskiego i jakichkolwiek praktyk religijnych poza świątyniami, katolicy zbuntowali się, najpierw wyczerpując wszelkie możliwe pokojowe środki rozwiązania konfliktu (jak petycje, protesty, strajki itd.). Kiedy jednak okazało się to bezskuteczne, a władza nasiliła represje, rozpoczęli zbrojne powstanie, postępując zgodnie z Dekalogiem i nauczaniem Kościoła.

W opozycji do wojny sprawiedliwej pozostaje wojna niesprawiedliwa. Należą do niej wojny napastnicze, toczone w celu rozwiązywania siłą problemów politycznych i gospodarczych, napadanie na słabsze państwa niestwarzające zagrożenia dla własnego kraju czy tłumienie słusznych aspiracji niepodległościowych podbitych narodów. Obecnie za naszą wschodnią granicą nie mamy do czynienia z niczym innym, jak z wojną sprawiedliwą toczoną przez Ukraińców i wojną niesprawiedliwą rozpętaną przez putinowską Rosję.
Na koniec warto poczynić jeszcze uwagę, że współczesnym elementem wojny sprawiedliwej jest prawo konfliktów zbrojnych, z konwencjami genewskimi na czele (nie przez przypadek zresztą pomysł na nie narodził się w państwach chrześcijańskich). Chyba każdy katolik intuicyjnie zgodzi się z tym, że regulacje takie, jak zakaz mordowania jeńców, rannych żołnierzy wroga i bezbronnej ludności cywilnej czy nietykalność personelu medycznego są jak najbardziej zgodne z chrześcijańską moralnością i koncepcją wojny sprawiedliwej. A na ile są dziś przestrzegane, to już kwestia tego, w jakim stopniu współczesny świat pozostał chrześcijański.

CO ROBIĆ?

Żaden katolik nie może dążyć do wojny z niskich pobudek, zdając sobie sprawę z wyrządzanego przez nią zła. Ale brak gotowości do podjęcia walki i powszechne rozbrojenie możne spowodować, że nie będziemy w stanie dać odporu agresorowi i pozwolimy mu na popełnienie znacznie większego zła. Człowiek jest skażony grzechem pierworodnym, więc musimy być stale czujni i gotowi do odparcia zagrożeń powodowanych przez cudzy grzech. Każdy zdrowy, dojrzały mężczyzna jest zobowiązany do obrony wspólnego dobra, jakim jest ojczyzna, do tego, by po rycersku chronić słabszych, kobiety i dzieci, w razie konieczności nawet własnym życiem. Jeśli państwo nie zapewnia mu odpowiedniego przygotowania w formie obowiązkowej służby wojskowej, to ma wiele innych możliwości uzyskania choć części potrzebnej wiedzy i umiejętności choćby w organizacjach proobronnych czy na strzelnicach. Świętym powołaniem i godnością kobiety jest zaś przekazanie życia przyszłym rekrutom, żeby kiedyś mogli stanąć również w jej obronie.
Si vis pacem, para bellum – Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny, jak mawiali starożytni Rzymianie. Nic się od ich czasów nie zmieniło.



NAJNOWSZE WYDANIE:
Złóżmy hołd Królowej Polski!
370 lat temu, 1 kwietnia 1656 roku we lwowskiej katedrze nasz monarcha, Jan II Kazimierz Waza, przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej oddał Rzeczpospolitą szczególnej opiece Najświętszej Maryi Panny, nazywając ją Królową Polski. Co jednak szczególnie interesujące, ten tytuł odnoszący się do Matki Zbawiciela został objawiony trzykrotnie przez samą Maryję na początku XVII wieku w dalekiej Italii.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Łaska w Roku Jubileuszowym

Pani Cecylia Pajka pochodzi z Mazowsza. Urodziła się w miejscowości Lutobrok koło Pniewa, ale od prawie 50 lat mieszka w Makowie Mazowieckim, gdzie należy do parafii pod wezwaniem św. Józefa. W 2025 roku wraz z grupą Apostołów Fatimy udała się na pielgrzymkę do Sanktuarium Matki Bożej w Fatimie.

 

– W Fatimie było cudownie. Naprawdę jestem wdzięczna za to, że po 21. latach uczestnictwa w Apostolacie spotkało mnie takie szczęście – pojechałam do Fatimy, o której marzyłam od dawna – wspomina pielgrzymkę do portugalskiego sanktuarium pani Cecylia.


– To było niesamowite przeżycie, bo byłam tam po raz pierwszy. Dziękuję Bogu, że w Roku Jubileuszowym otrzymałam od Niego taką łaskę. Groby pastuszków: świętych Hiacynty i Franciszka oraz s. Łucji, to po prostu coś cudownego. Z wdzięcznością pokonałam na klęczkach tradycyjną drogę do Kaplicy Objawień, a wieczorami brałam udział w procesjach ze świecami
– dodaje.

 

Zaczęło się od książki o Fatimie…


Wszystko to możliwe było dzięki temu, że pani Cecylia już od dawna wspiera Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi. Początki swojej przygody z naszą organizacją wspomina następująco: – Zaczęło się tak, że znalazłam ulotkę i zamówiłam książkę o Fatimie. Wypełniłam formularz Apostolatu i zaczęłam dostawać kalendarze, różańce oraz wiele różnych dewocjonaliów. Otrzymałam także oczywiście figurkę Matki Bożej Fatimskiej.


Jako Apostołka Fatimy pani Cecylia dostaje również systematycznie „Przymierze z Maryją”, którego jest wierną czytelniczką:
– W „Przymierzu…” jest dużo ciekawych artykułów, np. świadectwa członków Apostolatu czy opis pielgrzymek do Fatimy. Po przeczytaniu zanoszę „Przymierze z Maryją” do kościoła żeby ktoś inny poznał Stowarzyszenie, zapisał się do Apostolatu i żeby przyniosło to dobre owoce –
mówi z przekonaniem.


Obecnie kościołem parafialnym pani Cecylii jest świątynia pod wezwaniem Bożego Ciała w Makowie Mazowieckim, ale nie zawsze tak było. – Chrzest przyjęłam w kościele pw. Najświętszej Maryi Panny – Królowej Świata w Zatorach, a do Pierwszej Komunii Świętej i bierzmowania przystępowałam w bazylice kolegiackiej Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Pułtusku – przytacza fakty ze swojej młodości. – Z dzieciństwa pamiętam, że moja babcia codziennie odmawiała Różaniec, a ja klęczałam obok i też się razem z nią modliłam.

 

Kurpie – ich kultura i zwyczaje


Pani Cecylia pochodzi z Kurpiów Białych, krainy etnograficznej leżącej na północny-wschód od Legionowa w województwie mazowieckim. Region ten słynie m.in. z charakterystycznej gwary, haftów, wycinanek i wyrobów tkackich. – Moja mama i ciocia zajmowały się haftem serwetek kurpiowskich na tiulu. Wykonywały też obrusy, bieżniki, serwetki na drutach i szydełku.


– Moja ciocia ma po babci cały strój kurpiowski. Składa się on z białej koszuli wyszywanej czarno-czerwonym wzorem kurpiowskim, kolorowej sukni w paski, fartucha zdobionego kolorowymi cekinami, czarnych, sznurowanych trzewików i czerwonej lub zielonej chusty w kwiaty.
Babcia zawsze zakładała ten tradycyjny strój na specjalne uroczystości w kościele.

 

Żona, matka, babcia


– Skończyłam szkołę zawodową i 1,5 roku technikum rolniczego, ale moje główne zainteresowanie i zawód to kucharstwo. 28 lat pracowałam na kuchni, a przez prawie 38 lat pracy zawodowej miałam tylko siedem dni zwolnienia –
opowiada pani Cecylia.


– W 1972 roku po zawarciu ślubu zamieszkałam u męża w miejscowości Pękowo. Tam też urodziła się nasza pierwsza córka. Do Makowa Mazowieckiego przeprowadziliśmy się w 1978 roku, gdy miała iść do pierwszej klasy szkoły podstawowej. W sumie urodziłam czworo dzieci, ale jeden syn zmarł po kilku dniach. Doczekałam się też czterech wnuków, dwóch wnuczek oraz dwóch prawnuków.


– Od ośmiu lat jestem wdową, ale w 2021 roku zaprzyjaźniłam się z Januszem, którego kuzynka wyszła za mojego wnuka. Razem byliśmy na pielgrzymce w Fatimie, a w tym roku wybieramy się do Sanktuarium Matki Bożej w Lourdes.


Swoją opinią na temat pielgrzymki Apostolatu do Fatimy podzielił się z nami też pan Janusz:
–Jestem zachwycony i bardzo zadowolony. Brak mi słów. Największe wrażenie wywarły na nas nabożeństwa, Droga Krzyżowa i nauki, które przy tej okazji głosił towarzyszący nam ksiądz. Chcemy też podziękować koordynatorowi Apostolatu Fatimy, panu Krzysztofowi Golcowi za organizację pielgrzymki.


Oprac. Janusz Komenda


Listy od Przyjaciół
 
Listy

Szczęść Boże!

Bardzo dziękuję za piękny kalendarz i za słowa wdzięczności. Wszystko co robicie, jest wielkie. Jestem wzruszona i proszę dalej pracować nad wszystkim, co jest związane z wiarą chrześcijańską.

Barbara z Pińczowa

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowna Redakcjo, pragnę podzielić się swoim świadectwem… W 1983 roku pracowałem na budowach w Poznańskim Kombinacie Budowlanym. Zostałem wysłany do Libii na kontrakt. Budowaliśmy tam domy parterowe. Nasz „camp” mieścił się w miejscowości Azzija. W każdą środę przyjeżdżał franciszkanin spowiadać i odprawiać Mszę Świętą. (…) Starałem się codziennie odmawiać Różaniec na „campie”. Pracownicy z różnych stron Polski zauważyli, że wierzę i kocham Boga, że nie wstydzę się Go… Po powrocie latem 1984 żona zauważyła, że Pan Jezus Miłosierny mnie otworzył na innych i odmienił mego ducha.

W kościele Wniebowstąpienia znajdowała się półka z cudownymi medalikami. Zapoznałem się z postacią św. Katarzyny Laboure, która otrzymała wzór na medaliki od Matki Bożej. I tak Jezus Miłosierny posłał mnie, abym rozdawał je na budowie i głosił Prawdę o dobroci Boga. Święta Katarzyna na każdym kroku mnie także towarzyszyła, w ogóle nie czułem jakiegoś zawstydzenia, wręcz przeciwnie: czułem radość z niesienia Bożego Miłosierdzia w codzienności, jakie Dobry Bóg daje nam przez ręce Maryi. To trwało wiele lat. Ewangelizowałem tam, gdzie chciano słuchać. Mówiłem, że o każdą sekundę zapyta nas Pan Bóg i że Boże Miłosierdzie jest jedynym ratunkiem dla każdego człowieka.

Żona zachorowała, kiedy jeszcze pracowałem. W sumie trwało to około 7 lat. To był dla nas trudny okres… Po przejściu na emeryturę żona pomału gasła. W pierwsze piątki miesiąca przychodził do nas ksiądz proboszcz z Panem Jezusem Eucharystycznym. Choć był to dla nas trudny czas, to był także pełen łaski mimo cierpienia. 9 listopada 2019 roku stał się dniem spotkania żony z Jezusem Miłosiernym.

Później zaopiekowałem się bezdomnym Michałem, miał 37 lat. (…) Słuchał tajemnic Różańca na dany dzień. Kolega z pracy zaproponował, aby w jego mieszkaniu odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

Drugi bezdomny, Piotr, był na wózku inwalidzkim. Mogąc jednak pomóc tylko doraźnie, zapragnąłem przyprowadzić go do tronu Miłosierdzia Bożego, aby i on doświadczył ogromu Miłości i dobroci Boga. Wszedłem nawet we współpracę z pewnym kapłanem i robiliśmy, co w naszej mocy, aby zdroje łaski wylewały się w życiu Piotra. Mój podopieczny żył z żebrania. Dzięki dobroci kolegów, którzy pomagali mu się przemieszczać i pchali wózek, starczało mu na przetrwanie, ale część przeznaczał na alkohol. To niestety bardzo mu przeszkadzało w dotarciu do spowiedzi. Z czasem jednak się rozchorował, trafił do szpitala i już nie wrócił…

I tak idę dalej w codzienność, aby nieść Miłość do każdego człowieka. Najlepiej mi to wychodzi, kiedy tłumaczę tajemnice Różańca świętego. Każde miejsce się nadaje. Patrzę, gdzie Pan mnie prowadzi, gdzie chce swoim Miłosierdziem dotknąć człowieka…

Dodatkowo ostatnio chodzę na fizykoterapię. Tam rozdaję medaliki Matki Bożej, które dostaję z karmelu żeńskiego, z którym weszliśmy w relację, kiedy żyła jeszcze moja żona. Kochane siostry wymadlały łaski i siły dla małżonki.

Ja sam wierząc i ufając Bożemu Miłosierdziu zamówiłem u salezjanów Msze gregoriańskie za moich bliskich. W tym kościele w drugi wtorek miesiąca modlimy się za konających i za dusze w czyśćcu cierpiące. Zwłaszcza te potrzebują Miłosierdzia. Dobry Pan prosi i pobudza serce do tego, aby się za nimi wstawiać.

Codziennie rano proszę Ducha Świętego, abym odczytywał dobrze Jego natchnienia i żył z nimi tego dnia. Na razie Duch Święty tak mnie prowadzi, że na kolejnych „gregoriankach” zaprosił mnie, aby razem z pobożnymi niewiastami wspólnie modlić się na Mszy Świętej i prosić o Miłosierdzie dla konających dusz czyścowych. Pozdrawiam Was serdecznie!

Z Panem Bogiem

Stanisław z Poznania

 

 

Szanowni Państwo!

Dobrze, że jesteście. Życzę wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują niszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg!

Dariusz z Marcinowic

 

 

Szczęść Boże!

Kampania promująca książkę „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest świetnym pomysłem, a sama publikacja jest znakomicie przygotowana i wydana. To w zasadzie jest książka historyczna i tak też mogłaby być reklamowana. Może w przyszłości warto przygotować również osobną kampanię marketingową dla tych, którzy w Kościele nie są jeszcze tak silnie osadzeni…

Z pozdrowieniami

Michał z Gdańska

 

 

Szanowna Redakcjo!

Życzę wszystkiego co najlepsze w roku 2026, niech Boża Opatrzność czuwa nad Waszą działalnością. Artykuły w czasopiśmie „Przymierze z Maryją” są wspaniałe, zawsze ciekawe i potrzebne. Czasami mam wątpliwości, że może ktoś inny bardziej by potrzebował takiej lektury, a ja zajmuję to miejsce. Komu tylko mogę, to podaję po przeczytaniu. Pozdrawiam serdecznie – szczęść Boże!

Stanisława z Rędzin

 

 

Szczęść Boże!

Dziękuję Panu Bogu i Matce Najświętszej za to, co robicie. To bardzo trudne, ważne sprawy. Proszę, nigdy nie ustawajcie w Waszych działaniach. Chylę czoło przed Wami za trud i Wasze poświęcenie w każdej akcji Stowarzyszenia – wychodzicie do ludzi, szerząc kult Maryjny w dzisiejszych trudnych czasach. Zasługujecie na wielki szacunek. Bóg zapłać!

Józefa z Dąbrowy Tarnowskiej

 

 

Szczęść Boże!

W moim przekonaniu Wasza kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniałą akcją. W lipcu tego roku ukończę, jeśli Pan Bóg pozwoli, 85 lat. Miałem w tym czasie wiele upadków, jak: depresja, rak złośliwy gruczołu krokowego, ale moja silna wiara wpojona mi przez rodziców uzdrowiła mnie. Pozdrawiam Was serdecznie!

Roman z Kujawsko-Pomorskiego